sobota, 18 sierpnia 2018

Polskie pieprzenie o równouprawnieniu

Wczoraj spełniłam swoje tradycyjne jesienne marzenie: zawinęłam się w koc, obok przytulnego kaloryfera i mruczącego kota. Kiedy już byłam pewna, że jest mi tak miło i ciepło, że już bardziej się po prostu nie da, sięgnęłam po książkę. Tym razem postanowiłam zaeksperymentować i poczytać coś, po co dawno nie sięgałam – coś z tzw. popularnej literatury kobiecej polskiej autorki. Wybrałam „Irenę” Małgorzaty Kalicińskiej.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że pani Małgorzata jest autorką super hitu pod tytułem „Miłość nad rozlewiskiem”. Byłam ciekawa, jak gra się słowem pisanym na polskich kobiecych sercach. Czytam sobie pod moim kocykiem i czego dowiaduję się już na samym początku tej książki? Otóż przede wszystkim tego, że mamy w naszym kraju pełne równouprawnienie. Przekonanie to wyraża z całkowitą pewnością jedna z głównych bohaterek powieści. Fascynujące nieprawdaż? Trzeba posiadać nie lada pisarską wyobraźnią, żeby pisać jakoby kobiety w Polsce miały już pełną równość z mężczyznami. Wkurzyłam się i odłożyłam książkę, nie będę tego czytać. Wmawianie kobietom, że jest już równość jest podłą taktyką. Ma zmusić kobiety, żeby nie protestowały i nie chciały dla siebie już niczego więcej. To nic innego jak zamykanie kobietom ust: siedźcie cicho, bo wszystko już macie, a pragnienie czegoś więcej jest już tylko i wyłącznie zwykłą fanaberią niegodną porządnej polskiej matki, żony czy kochanki. Czego ci się jeszcze zachciewa, ty niedobra kobieto, przecież masz wszystko, zdają się przekonywać nas autorki „kobiecych” książek.

Wszystko? Uważam, że tzw. równy podział ról to zwykłe pieprzenie. To prawda, kobiety mają więcej swobody w sprawach zawodowych: mogą kształcić się, zarabiają pieniądze i niektórym zdarza się piąć naprawdę wysoko po szczeblach kariery. I super, bo kto ma pieniądze, ten ma władzę, a życie na cudzym garnuszku nigdy nie jest zabawne, nieważne, czy utrzymują nas kontrolujący rodzice, czy szanowny małżonek. Kto płaci, ten wymaga, więc świetnie, że możemy zarabiać i same za siebie płacić (chociaż wciąż w pracy za tę samą robotę mężczyźni otrzymują więcej).

Problem w tym, że chociaż większość kobiet chodzi do pracy, to nie zwolniło nas z tradycyjnej roli gospodyni, matki i opiekunki wszystkiego, co się rusza. Nie ma równouprawnienia, za to jesteśmy w pułapce podwójnych obowiązków w pracy i w domu. I nie jest to wina równouprawnienia, tylko przeklętych schematów, które wciąż dyktują nieuczciwy podział obowiązków. Mężczyźni chętnie dzielą się odpowiedzialnością za utrzymanie rodziny, nadal jednak dom jest domeną kobiety. Kobieta musi więc pracować dwa razy więcej niż facet i do tego siedzieć cicho, bo najważniejsze decyzje i tak w większości wypadków nadal należą do kompetencji tzw. „głowy rodziny”. Takie mamy równouprawnienie. Ten, kto twierdzi, że jest inaczej powinien, sam siedzieć cicho, a nie pod płaszczykiem „fajnej” powieści o kobietach, zaganiać i tak już umęczone i zdezorientowane Polki do kąta.

Dość mam już w polskiej kobiecej literaturze toksycznych, patriarchalno-gastronomicznych schematów, gdzie kobieta znajduje szczęście porzucając wszelką nadzieję na własny pomysł na życie i realizując się w kuchni przy kotletach, szarlotkach, gołąbkach, czy jajecznicach, jakie autorka kolejnej (anty)kobiecej książki każe jej ugotować dla swojego faceta, po to żeby mogła zademonstrować „prawdziwą” kobiecość. Dlaczego kobiecość ma polegać na tym, że robię pyszne ciasta, a nie na tym, że lubię się masturbować i potrafię to zademonstrować przed swoim facetem? Nie dajmy się złapać w potrzask schematów. Jeszcze daleko nam do emancypacji, ale jesteśmy na dobrej drodze. I niech żadnej z nas nie zatrzyma anty-kobieca literatura, bez względu na to, jak dobrze się sprzedaje i jak często pokazują ją w telewizji publicznej.

Na razie kończę, więc z literackimi eksperymentami pod moim ciepłym przytulnym kocykiem i wracam do moich sprawdzonych poradników i książek o seksie – przyjemność z czytania i pożytek o wiele większy.

Joanna Keszka

O cipkach i siusiakach

Matką jestem cały czas, a dobrą matka bywam, kiedy tylko mi się uda. Kilka dni temu zabrałam swoje jedyne i nie tylko z tego powodu najbardziej kochane moje własne dziecko na odkryty basen. W czasie szaleństw na basenie szybko zmoczył się strój kąpielowi, jak również zapasowe majtki mojego dziecka. Nie byłam na tyle przewidująca, żeby zabrać ze sobą cały tuzin zapasowych majtek, w związku z czym moje dziecko wracało do domu jedynie w spódnicy, całkiem bez majtek, co obie z córką uznałyśmy za dobre rozwiązanie, jeśli weźmie się pod uwagę szalejące upały i należny z tej okazji naszemu ciału miły przewiew.

Spódnica, jak to spódnica 8-latki latem w parku, raz była wyżej, raz niżej, chwilami w ogóle tak, jakby jej nie było. W związku z tym, co jakiś czas cała bezmajtkowość mojej córki prezentowała się w pełnej krasie. Wracaliśmy w gronie znajomych i w pewnej chwili zostałam konspiracyjnym szeptem poinformowana przez jedną z towarzyszących mam, żebym porozmawiała ze swoim dzieckiem, bo chłopcy patrzą na świstającą goliznę. To znaczy ona sformułowania „świstająca golizna” nie użyła, bo była zbyt dobrze wychowana, ale znowu ja jestem zbyt słabo wychowana, żeby zapamiętać, jakiego ona użyła określenia. Ale chodziło o brak majtek i brak przejmowania się tym faktem u mnie i u mojej córki. Cóż, pomyślałam sobie, moim zdaniem w tej sytuacji osobą, która powinna z kimś o czymś porozmawiać zdecydowanie, nie jestem ja. Więcej dobrego stało by się, gdyby ona, jako matka 8-letniego chłopca, wykorzystała okazję, żeby z nim na temat cipek i siusiaków porozmawiać, temat można powiedzieć aż sam pchał się do rąk.

Co do mnie, to rzeczywiście, z determinacją nie zrobiłam tego, co powinnam zrobić, czyli: nigdy nie wspominać o seksie w ogóle, aż do momentu, w którym wydaje ci się, że twoje dziecko mogło dostać okresu czy może nawet zaczęło sypiać z chłopcami. Wtedy należy rozpocząć rozmowę, w której trzeba dostarczyć wszelkie wiadomości, jakie znamy ze swojego doświadczenia oraz z telewizji, dotyczące seksu, postraszyć nim i straszliwymi konsekwencjami, jakie sprowadza na dziewczyny i kobiety, następnie wypuścić dziecko w świat i nigdy więcej o seksie nie wspominać.

Nie zrobiłam tak. Rozmawiam ze swoją córką o ciele, seksie, seksualności tak samo, jak rozmawiamy o tym, że powinna jeść jakieś warzywa, o tym jak fajnie jest pójść do parku i powspinać się na drabinki, jaki rodzaj ciuchów nam się podoba i jakie programy telewizyjne lubimy. Tak więc ja i moja córka rozpoczęłyśmy tę rozmowę dawno temu, a efekt jest taki, że moje dziecko nie tylko nie wstydzi się swojej cipki, ale po prostu ją lubi. Czego nam wszystkim bez względu na wiek szczerze życzę.

Joanna

Czy potrzeby kobiet zagrażają więzom rodzinnym?

Czego pragną kobiety? Większość osób w naszym kraju – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – zgodnie odpowie, że kobiety nigdy nie wiedzą, czego chcą. Taka płeć: wiecznie niezdecydowana i przez to trudna do zaspokojenia. Powszechnie wiadomo, że kobieta zmienną jest. Dlatego zawracanie sobie głowy tym, czego chcą kobiety, to zwykła strata czasu. I większość osób sobie rzeczywiście tym głowy nie zawraca, ani mężczyźni przekonani o tym, że sami wiedzą lepiej, co jest dobre dla tych wiecznie niezdecydowanych kobiet, ani kobiety nie wierzące w siebie i w swoje prawo do posiadania własnych pragnień i potrzeb.

Dla odmiany pozwolę sobie wysnuć pewną śmiałą tezę, że kobiety są mądre, odpowiedzialne i zasugeruję, że odpowiedź na pytanie „czego pragniemy” jest bardzo prosta. Otóż kobiety chcą kierować swoim życiem. I jest to dla nas niesłychanie trudne. Od wieków wmawiano nam, że uległość, poświęcenie i służba innym to nasze najwyższe cnoty. Teoretycznie mamy czasy, gdzie więcej już mówi się o sile, asertywności i samostanowieniu kobiet. Jednak rzeczywistość nie wygląda tak różowo.

W czasie długiego weekendu usłyszałam historie dwóch małżeństw. Różne miasta, różne zawody, inne zarobki, te pary nigdy się nie spotkały, nie znały, nie miały ze sobą nic wspólnego. A jednak w obu związkach działo się coś podobnego. Mężowie mieli swoją pasję: bieganie. I mieli przestrzeń na realizowanie i rozwijanie swojego hobby. Kobiety w tym czasie zajmowały się domem, dziećmi, czyli „umożliwianiem” biegania w maratonach swoim mężom. Na znalezienie i realizowanie własnego hobby już nie miały czasu ani możliwości. Obie deklarowały, że też pomyślą o sobie, ale: jak dzieci podrosną, mężowie się wybiegają, sprawy się ”ułożą”. Jak widać, wciąż dajemy się wkręcać ludziom, którzy pragną, żebyśmy zachowywały się w taki sposób, bo jest im to potrzebne i dla nich wygodne. Zaplątane w sieci niekończących się oczekiwań mylimy przeżywanie własnego życia z wiecznym zabieganiem o zyskanie aprobaty innych. Nie mam nic przeciwko bieganiu w maratonach, ale nie uważam, tego za dziwny zbieg okoliczności, że w obu rodzinach to mężczyzna miał możliwość odkrycia i realizowania swoich potrzeb, a kobieta była tą, która troszczyła się o całą resztę, a jeżeli myślała o sobie, to na samym końcu, albo wcale.

Bycie sobą i przejęcie steru swojego życia polega na tym, żeby dokładnie pozostawać tym, kim naprawdę jesteśmy, a nie tym, czego od nas oczekują i potrzebują inni. Oznacza to również, że powinniśmy zgodzić się na to, by inni naprawdę pozostali sobą. Dlaczego to jest takie trudne? Biorąc na siebie prowadzenie domu i opiekę nad dziećmi, po to żeby mężczyźni mieli możliwość robienia tego, co im sprawia przyjemność, te panie zrobiły to, co od trzystu albo i więcej lat robiły kobiety w jej rodzinie: „podporządkowały się woli męża”. Wyrażanie odmiennych opinii przez kobiety jest ogromnym tabu. Od najwcześniejszych lat uczy się dziewczynki, że wyrażanie swojego Ja zagraża najważniejszym więzom rodzinnym. Jeśli kobiety czują strach, bezradność, złość lub żal z tego powodu, to często ukrywają to nawet przed sobą. Jednak ujawnianie własnego Ja to coś, za czym wszystkie tęsknimy i czego potrzebujemy.

Pomimo trudności, pomimo oporu ze strony tych, dla których nasze podporządkowanie jest wygodne, pomimo naszego strachu przed zmianą, każdego dnia warto pracować nad własnym Ja, zawsze w kierunku „więcej Ja”:

  • Mów otwarcie o własnych przekonaniach, uznawanych przez siebie wartościach i priorytetach, a następnie postępuj zgodnie z nimi,
  • Stawiaj czoło trudnym i bolesnym problemom i zajmuj jasne stanowisko w ważnych dla ciebie sprawach,
  • Szczerze ujawniaj swoje poglądy lub preferencje i pozwól innym robić to samo.

Na tym nie kończy się bycie sobą i przejmowanie kontroli nad swoim życiem, ale same musicie przyznać, że to dobry początek. Nawet mały krok może nas zaprowadzić daleko.

Ruch wyzwolenia kobiet zmienił życie nas wszystkich, ponieważ jego działaczki zrozumiały, że jeśli same nie określimy naszych potrzeb, to nie ustalimy warunków, w jakich chcemy żyć. Dzięki nim stało się dla kobiet jasne, że jeśli nie zaczniemy działać dla własnego dobra, nikt inny za nas tego nie zrobi. Niech każdy decyduje za siebie: inni wiedzą, co jest dla nich dobre, my wiemy, co jest dla nas najlepsze.

Joanna Keszka

Nienormalna Polka, która lubi seks

Niedawno spotkałam się z opinią, że Polki nie lubią seksu. Moją pierwszą reakcją było oczywiście oburzenie: „Jak to nie lubią seksu? Lubią! Na przykład ja – jestem Polką i lubię!”. I parę innych fajnych dziewczyn i kobiet, które spotykam w LoveStore.Barbarella.pl, one też lubią.

Jednak trzeba przyznać, że kobiet, które lubią seks jest wciąż w Polsce za mało. Siła stereotypów działa na korzyść tych, którzy odmawiają kobietom prawa do czerpania radości ze swojej seksualności. Wciąż poświęcanie się w łóżku i wyrzekanie się potrzeb erotycznych przez kobiety jest dużo popularniejsze i spotyka się z większym zrozumieniem w narodzie niż ochota na zabawę, rozpieszczanie się i pozwalanie sobie na więcej.

Seks nie jest potrzebny porządnej polskiej kobiecie

Dajemy się omamić stereotypom, według których jak powszechnie wiadomo: seks nie jest najważniejszy w życiu kobiety (czytaj – w ogóle nie jest ważny), wiąże się z nim więcej problemów niż przyjemności, sprowadza kobiety na złą drogę. Stereotypy mają ogromną moc, wszyscy je znają i rozpoznają, stąd też łatwo się z nimi utożsamiać. Dlatego kobieta, która uważa seks za mocno przereklamowaną rozrywkę, to nasz narodowy standard. Zawsze znajdzie zrozumienie i oparcie w wyrzekaniu się swojego prawa do przyjemności. W przeciwieństwie do tej, której przyjdzie ochota na eksperymentowanie i poszukiwanie radości ze swoich erotycznych doświadczeń.

Na każdym kroku odstrasza się kobiety w Polsce od seksu. Na przykład tym, że jeśli zacznie za bardzo interesować się „tymi sprawami”, to zostanie seksoholiczką. Media bardzo martwią się seksoholikami. Oczywiście w każdej dziedzinie zdarzają się patologie, więc są także ludzie, którzy nie radzą sobie ze swoją seksualnością. Jednak już od kilku lat prowadzę spotkania dla kobiet na temat seksu, oraz butik z gadżetami erotycznymi dla kobiet i dla par. Każdego dnia spotykam się z różnymi kobiecymi historiami, to są setki różnych seksualnych ścieżek. Nie spotkałam się jeszcze ani razu z seksoholiczką. Za to niemal każdego dnia rozmawiam z kobietami, które tęsknią za radosnym, przyjemnym seksem. Takim, który podąża za ich własnymi pragnieniami, który relaksuje i pomaga zaakceptować swoje ciało i zrozumieć swoje potrzeby. Jednak nie tylko brak im wzorców i podpowiedzi, jak miałyby zatroszczyć się o siebie w łóżku. Czują się napiętnowane, wmawia im się, że ich pragnienia to zbędne fanaberie, bez których spokojnie może obyć się porządna (niestety nie od słowa pożądać) Polka, która satysfakcji i radości powinna szukać w zaspokajaniu potrzeb swojego męża, rodziny, wypełnianiu społecznych ról, a nie w erotycznych igraszkach.

Dążenie do orgazmów wyzwala kobiety, a kto by potrzebował wyzwolonej Polki? Bardziej potrzebna jest taka, która zawsze jest gotowa schować swoje potrzeby głęboko w kieszeń i zająć się tym, czym powinna, czyli obsługiwaniem innych. Zarówno w sypialni, jak i po za nią. Wciąż kobietom nie daje się cienia szansy na szczere zaakceptowanie i polubienie swojej seksualnej strony życia.

Perfekcyjna pani domu nie brudzi się seksem

Nielubienie seksu ma swój początek w tym, że wciąż ogranicza nas fałszywe przekonanie, że seks nie jest ważny w życiu, szczególnie w życiu kobiety, a nadmierne doszukiwanie się w nim przyjemności świadczy o tym, że coś z nami jest nie tak. Szkoda, że tak wielu ludzi w naszym kraju, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, dało sobie wmówić, że seks to grzech. Przecież seks zbliża ludzi, to sposób na budowanie bliskości, zbliżanie się do siebie, wspólną zabawę i radość. Pomimo tego seksualność przedstawiana jest jako coś, co nie zasługuje na wysoką pozycję na liście naszych priorytetów, bo są przecież „ważniejsze” sprawy. Jakież to są ważniejsze sprawy w naszym życiu od seksu? W wielu domach na przykład skopanie ogródka, godzinne przygotowywanie kolacji, odkurzanie i szorowanie podłogi. Nie twierdzę, że należy tylko siedzieć w sypialni i niczym innym się nie zajmować, ale nie dam sobie wmówić, że to jest normalne, że na kilkugodzinne celebrowanie przygotowanie kurczaka w sosie słodko-kwaśnym mamy czas, na oglądanie kolejnego odcinka Mam talent czy innego show, również mamy czas, na godzinną rozmowę przez telefon z koleżanką z pracy także, a na seks nie. Nigdy was nie dziwiło, że w naszym kraju pieczenie kurczaków wygrywa z seksem? Może przyjąć opcję, że ja czegoś nie wiem o pieczonym drobiu. Albo, że pod sztandarem wyzwolenia i nowoczesności kryje się wciąż brak wiedzy i umiejętności radzenia sobie z tematem seksu. Perfekcyjna pani domu nie brudzi się seksem.

Moje potrzeby nie są takie ważne

Dobry, radosny seks polega na tym, że poświęcamy uwagę swoim potrzebom, przyglądamy im się i dajemy sobie pozwolenie i prawo do robienia rzeczy, na które my same mamy ochotę i które są dla nas dobre i przyjemne. Takie podążanie za swoimi pragnieniami, zamiast skupiania się na zaspokajaniu potrzeb swojego partnera, to dla wielu kobiet w Polsce nowość i trudność. Wyuczono nas nie oczekiwać dla siebie zbyt wiele, a satysfakcję czerpać z tego, że to innym, a nie nam jest dobrze. Polki są niedoświadczone w stawianiu wymagań, w oczekiwaniu czegoś dla siebie zarówno w sypialni, jak i po za nią. Trudno cieszyć się seksem, który nie podąża za naszymi własnymi potrzebami, więc kobiety nie cieszą się. Jeżeli coś nie sprawia nam przyjemności, to zaczynamy tego unikać. To bardzo logiczna zależność. Szkoda, ze w tak niewielu polskich sypialniach pamięta się o tym, że w seksie chodzi o przyjemność, ale nie tylko partnera.

Romantyczno-pornograficzny model miłości

W większości polskich sypialń pary kochają się tak jak w filmach romantycznych i pornograficznych. Oba te gatunki filmowe sprowadzają kobiecość do roli otworu, który ma sprawiać przyjemność mężczyźnie. Kobiecie do seksu ma wystarczyć penis w wzwodzie wsuwany w różne miejsca na jej ciele. To model seksualności wygodny dla wielu mężczyzn: facet ma mieć satysfakcję gwarantowaną, a kobieta ma nie oczekiwać zbyt wiele dla siebie. Zgodnie z tym romantyczno-pornograficznym wzorem miłości jak Polska długa i szeroka w sypialniach przyjmujemy wystudiowane pozy, przybieramy poważne miny i robimy to „tak, jak trzeba”. Bez żadnych wygłupów, bez uśmiechu, bez zabawy i bez igraszek. Statecznie, przewidywalnie, nudno i bez wychylania się poza długość penisa. To jego wielkość i szerokość nas prowadzi, a nie otwartość, radość i przyjemność. I potem dokuczliwy brak zrozumienia wśród kobiet, o co chodzi z tym seksem. Jest jaki jest, bo przecież szału nie ma. Nie ma i nie będzie, jeśli ważniejsze jest wypełnianie roli porządnej kobiety niż kochanki, która nie boi się swoich pragnień.

”To ja ci nie wystarczam!?”

W naszym kraju kobieca seksualność wciąż postrzega się jako coś, co ma służyć przede wszystkim męskiej przyjemności. Powszechnie uważa się, że kobieta jest po to, żeby swoim zachowaniem i ciałem zaspokajać męskie fantazje. Ale my kobiety także mamy swoje własne potrzeby i marzenia. Jednak stwierdzenie: ”Lubię seks, ale nie chcę z tobą takiego seksu, który nie daje mi przyjemności” to wyzwanie dla kobiety, nauczonej, żeby zadowalać innych. O wiele łatwiej udawać, że w ogóle nie chce się seksu niż wyjaśniać swoje prawo do przyjemności w łóżku z partnerem. Tym bardziej, że otwarcie się w kwestii swoich potrzeb naraża nas na szybką i ostrą krytykę. ”To ja ci nie wystarczam?”, „Wolę kiedy jesteś naturalna”. „Po co te wszystkie udziwnienia, żadna przed tobą się nie skarżyła”. „Ty jakaś niewyżyta jesteś” – te bardzo przewidywalne reakcje ograniczają i kastrują kobiety w całym kraju. Próby uporania się z poczuciem zranienia rozbuchanego męskiego ego czy nadąsania mogą być wyczerpujące.

Odpowiedzią na tą sytuację nie może być udawanie, że seks nie ma znaczenia dla kobiet. Zamiast wzmacniać stereotypy powinniśmy uznać prawo kobiet do odkrywania złożoności własnych pragnień seksualnych. I uczyć mężczyzn, że kobieca seksualność należy tylko do kobiet.

I na koniec chciałabym przypomnieć o czymś, o czym w naszym kraju wciąż się zapomina, że seks to przyjemność, a nie dowód naszej poprawności, czy moralności. A wszystkie panie chciałabym zachęcić do tego, że jeżeli doszukiwanie się radości w seksie jest traktowane jako coś nienormalnego, bądźmy kochane nienormalne.

Joanna Keszka

Po czym poznać, że kobieta nie ma orgazmu

Kilka już razy w swoim życiu trafiałam na artykuły i informacje pod hasłem: „Jak rozpoznać, że ona udaje orgazm”. Nie ma sterczących sutek – udaje, nie ma czerwonych warg sromowych – udaje, nie jest mokra – udaje, i dużo więcej tego typu wiedzy. Pomimo takich artykułów wierzę w rozsądek facetów, który każdemu trzeźwo myślącemu kochankowi powinien podpowiadać, żeby zamiast kontrolować swoją kobietę, lepiej skupić się na dopieszczaniu jej i na wspólnej dobrej zabawie w łóżku.

Ostatnio jednak ku swojemu zaskoczeniu sama odkryłam sposób na to, jak rozpoznać, czy kobieta ma orgazmy i czy akceptuje fakt, że jest istota seksualną (którymi jesteśmy wszyscy). Po czym poznaję? Po słowach, najczęściej wypowiadanych w furii, złości, z zaciśniętymi zębami: „Ale przecież seks nie jest najważniejszy w życiu!”. Trzeba być osobą naprawdę bardzo niezaprzyjaźnioną ze swoją seksualnością, żeby sięgnąć po podobne stwierdzenie. Każda osoba, która lubi seks, która jest ciekawa, jak można bardziej cieszyć się swoją seksualnością, wie i rozumie bez wyjaśniania, że seks nie jest najważniejszy.

To jest oczywiste. Seks jest częścią naszego życia, jak wiele innych spraw, które też nie są najważniejsze. Kiedy jestem na wywiadówce w szkole, to najważniejsza jest dla mnie rozmowa z nauczycielką i oceny mojego dziecka, ale kiedy stamtąd wychodzę, to może okazać się, że zakupy w supermarkecie będą teraz najważniejsze, a potem rozmowa z moim bratem i znalezienie kluczy do skrzynki pocztowej, a zaraz potem najważniejsze mogą okazać się pieniądze, bo być może po znalezieniu kluczy do skrzynki pocztowej dostanę zawiadomienie w urzędu skarbowego, że musze zapłacić kolejny cholernie wysoki podatek, którego wysokość nijak się nie ma do moich ciężko zarobionych pieniędzy. Ale dlaczego by nie, na koniec dnia, mogę uznać, że przyjemność jest najważniejsza i zanurzając się w ciepłej wannie będę myśleć tylko i wyłącznie o bezwstydnych rzeczach, po to żeby w zaciszu swojej łazienki dopieścić się ulubionym wodoodpornym wibratorem i wreszcie się zrelaksować. I w tym momencie, owszem tak, seks będzie dla mnie najważniejszy. Życie składa się z różnych elementów, a do nas należy poskładanie ich w taką całość, żebyśmy w całym tym ferworze czuły się możliwie komfortowo i dobrze.

Dlatego, kiedy słyszę, że przecież „seks nie jest najważniejszy”, wiem, że osoba, która to mówi dawno temu z jakiegoś powodu wyrzekła się swojej seksualnej przyjemności. I teraz oto wykrzykuje swoją stratę (bo to zawsze jest strata) do bogu ducha winnej drugiej osoby, której gdzieś mogło się wymknąć, że seks jest fajny, albo że w ogóle jest coś takiego w świecie dorosłych ludzi jak seks. „Seks nie jest najważniejszy” – osoba, która tak twierdzi mogła się wyrzec swojego prawa do przyjemności z wielu powodów: dlatego, że ktoś wmówił jej, że miłe i grzeCZne dziewczynki nie interesują się tymi sprawami, a ona chciała być taka niegrzeSZna właśnie po to, żeby inni (szczególnie mężczyźnie) ją za to chwalili i lubili. A może poległa w starciu z wstydem i zażenowaniem, które jest nierozerwalnie związane z seksualnością, ale zamiast stawić im czoła, dała się im ograniczyć. A może po prostu zmarnowała sobie życie u boku kiepskiego kochanka, który nie był zainteresowany zaspokajaniem jej potrzeb i teraz jest jak pies ogrodnika, skoro ona nie ma radosnego seksu, to i innym będzie odmawiać prawa do przyjemności. Powodów dla których kobiety (i mężczyźni) wypierają się swojej seksualności jest może być wiele, na pewno nie jest nim argument, na który się powołują, czyli że "seks nie jest najważniejszy”, bo jeśli nie jest, to dlaczego zaprzeczanie mu wywołuje w nich tyle emocji?

Moim zdaniem warto żyć tak, aby mieć także czas i energię na radosny seks, a kochać się w taki sposób, żeby było w nim jak najwięcej życia. Nie udawać, że seks nie jest ważny, ani nie udowadniać, że jest najważniejszy. I tego się kochani będę trzymać.

Joanna Keszka

Barbarella.pl szuka dziennikarek

Jeśli interesujesz się sprawami kobiet, potrafisz rozpoznać, co jest tylko banalnym tematem, a co naprawdę interesującą wiadomością, i nie boisz się pracy, którą trzeba włożyć w to, żeby każdy nowy tekst był lepszy od poprzedniego, to jesteś Poszukiwaną przez Barbarella.pl Dziennikarką.

Barbarella.pl to „Najseksowniejszy portal dla kobiet”. Wspieramy kobiety w pozwalaniu sobie na więcej, w seksie i w życiu. Nasze tematy: kobieca seksualność, nowa jakość relacji z mężczyznami, wspieranie kobiecej samodzielności. Prowadzimy pierwszy w Polsce LoveStore dla kobiet i dla par: LoveStore.Barbarella.pl (Warszawa, ul. Hoża 57 lok 1b). Jeżeli tak jak my, stoisz po stronie kobiet, dołącz do Barbarella.pl.

Tak, to prawda, wysoko stawiamy poprzeczkę: czekamy tylko na ciekawe tematy i wyłącznie na autorki, które wiedzą, o czym piszą i nie boją się pracy, która trzeba włożyć w to, żeby ktoś taki artykuł jeszcze chciał przeczytać. Potrzebujemy osób, dla których konieczność ciągłego podnoszenia sobie poprzeczki jest czymś oczywistym. Jeżeli pisząc zapominasz o czytelniczkach i nie zastanawiasz się, jak je zaintrygować, zainspirować, lub rozbawić, to nie jesteś osobą, której szukamy.

Zdobywanie informacji, szukanie pomysłów na tekst, pisanie po prostu dobrych oraz naprawdę świetnych artykułów dla kobiet, to niesamowita przygoda. Razem możemy tworzyć najlepszy portal dla kobiet w polskiej sieci.

Praca na miejscu w redakcji - Warszawa-Bemowo lub praca zdalna

WYMAGANIA

  • Umiejętność wyszukiwania niebanalnych tematów i informacji w stylistyce Barbarella.pl
  • Doskonała znajomość tematyki pro-kobiecej, zagadnień genderowych, trendów life-stylowych
  • Analiza najlepszych, pro-kobiecych portali na świecie.

OFERUJEMY

  • Umowa o pracę
  • Rozwój warsztatu dziennikarskiego,
  • Możliwość podejmowania nieszablonowych tematów
  • Dla początkujących dziennikarek oferujemy bezpłatne praktyki z możliwością późniejszego zatrudnienia.

ZGŁOSZENIA

Zamiast listu motywacyjnego wymagamy:

  • Przedstawienie minimum 5 propozycji tematów dla Barbarella.pl z uzasadnieniem, dlaczego konkretny temat pasuje do Barbarella.pl

  • Autorskie materiały: artykuły/newsy (nie szukamy felietonów ani blogów), napisane specjalnie dla portalu Barbarella.pl

Zgłoszenie prześlij na: wspolpraca-redakcyjna@barbarella.pl

Joanna

Seksualne przygody przy kawie

Czasami pijąc dobrą kawę można przeżyć większą erotyczną przygodę, niż sypiając z kolejnym facetem bez wyobraźni.

Kiedyś pewien mężczyzna zapytał mnie: jaka jest twoja fantazja, co mógłbym zrobić, żeby ci sprawić przyjemność? Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Ale odpowiednie pytanie zadane we właściwym momencie może mieć wielką siłę sprawczą, bo wreszcie zaczynamy szukać na nie odpowiedzi.

Jaka jest moja fantazja erotyczna? Zaznaczę, że nie chodziło o niegrzeczne scenariusze, które służą do tego, żeby się podniecić i wprawić w seksualny nastrój. Takich erotycznych myśli miałam w głowie dziesiątki. Ale co mogłoby mnie szczególnie kręcić w realnym łóżku z prawdziwym mężczyzną? Lubiłam różne rzeczy, ale nawet zsumowane jako całość nie zasługiwały na miano fantazji erotycznej. Jak w przypadku wszelkich naglących spraw udałam się do najlepszej kumpeli. Zapytałam ją podstępnie: jaka jest jej fantazja, jak chciałabyś się kochać? Moja przyjaciółka nie miała żadnych problemów z tym pytaniem: marzyła o seksie na plaży, żeby było czule i romantycznie. Ok, przynajmniej dowiedziałam się, co mnie nie kręci. Miłość na plaży jest fajna i bardzo chętnie bym kochała się na nagrzanym, ciepłym piasku, ale to nie było coś, co mogłabym określić jako swoje największe marzenie erotyczne.

Dalej szukałam odpowiedzi. Stałam się bardziej uważna. Kiedy coś wydawało mi się zmysłowe, erotyczne i podniecające, przyglądałam się temu z uwagą i z przyjemnością. Znajdowałam erotyczne inspiracje w najmniej spodziewanych miejscach. Na przykład lizanie lodów już nigdy więcej nie miało być dla mnie zwykłym jedzeniem słodyczy. Wybierałam różne smaki i zastanawiałam się, gdzie chciałabym poczuć chłód tego karmelu, zimną kwaskowatość truskawki, albo z czego chciałabym zlizywać słodycz śmietanki. Zaczęło mi też sprawiać przyjemność zwykłe patrzenie na usta innych kobiet i na męskie pośladki. Śledziłam wzrokiem osoby, które wpadły mi w oko i wymyślałam historie, pod hasłem: co by było gdyby. Nikogo nie przepraszałam za to, że coś mnie mogło podniecić.

To było prawie 20 lat temu. Pewnego pięknego dnia popijałam kawę w knajpce. Przy stoliku obok usiadł facet, który od razu wpadł mi w oko. Czy wyglądał jakoś specjalnie? Na pierwszy rzut oka raczej nie, normalny facet w centrum Warszawy, ale im dłużej na niego patrzyłam, tym większą mi to sprawiało przyjemność. Spokojny, zadowolony z siebie, miał na sobie wyjątkowe buty: piękne, oryginalne. Pomyślałam, że żaden facet, z którym do tej pory spałam nie zadałby sobie nawet trudu, żeby poszukać takich wyjątkowych butów, a może nawet jakby na nie wpadł, to przeszedłby obok nich obojętnie. Siedziałam więc sobie w kafejce i patrzyłam na sympatycznego pana w niezwykłych butach. A może to był niezwykły pan w sympatycznych butach. Po chwili podeszła do niego dziewczyna. Też na pierwszy rzut oka wyglądała niepozornie: krótkie blond włosy, grzeczna spódnica przed kolano, czyli mogłoby się wydawać, ze nic ciekawego, a jednak jej wygląd był kolorowy i zawadiacki. Tak jak jego buty! O kolego, pomyślałam, mamy podobny gust, podobają mi się twoje buty i twoja dziewczyna. Ale najlepsze dopiero miało nastąpić.

Kiedy się witali, zobaczyłam scenkę, która poruszyła moją wyobraźnię erotyczną. W realnym świecie odnalazłam coś, czego całą sobą pragnęłam sama doświadczyć. On ją na powitanie najpierw słodko pocałował, a potem ostro trzasnął otwartą dłonią po tyłku. Wiem, że klepnięcie po pupie nie kojarzy się z niczym dobrym, ale to nie był obleśny klaps, to było mocne, szybkie, wprawne, pełne erotycznej obietnicy trzaśnięcie. Widziałam, jaki szeroki uśmiech pojawił się na twarzy tej drobnej blondynki. To wszystko działo się bardzo szybko, gdybym nie obserwowała jego, a potem jej, pewnie nie zauważyłabym tej scenki. Ale miałam to szczęście, że byłam świadkiem tego niezwykłego powitania.

Od tamtej pory wiem, czego pragnę. Słodkie zabawy to nie jest moja bajka. Stawiam na ostre rozgrywki: mocny klaps, pociągnięcie za włosy, pieprzne słowa w łóżku. Dobrze się czuje, kiedy jestem całkowicie unieruchomiona, albo wtedy, gdy muszę wykonywać rozkazy. A odkryłam to siedząc przy stoliku w kawiarni i przyglądając się facetowi w ładnych butach. Bądźcie czujne dziewczyny, czasami pijąc dobrą kawę można przeżyć większą erotyczną przygodę, niż sypiając z kolejnym facetem bez wyobraźni. Życzę wam dużo dobrych kaw i dużo dobrych kochanków.

Joanna Keszka

Wstyd mi za okna życia w Polsce

Usunąć niechcianej ciąży w Polsce nie można, ale jeśli urodzisz, też nie jest dobrze. W przypadku kiedy chcesz oddać dziecko do adopcji wybranym rodzicom, zostaniesz posądzona o handel żywym towarem. Okna życia z kolei sugerują ci, że robisz coś bardzo złego: masz tylko zostawić dziecko i szybko stamtąd uciekać. Co właściwie pozostaje polskiej kobiecie? Boso i w permanentnej ciąży siedzieć w kuchni. Tylko w tym przypadku nie narazisz się niedobra polska kobieto pilnie obserwującemu cię i pilnującemu prawu i srogiej opinii społecznej.

Ostatnio głośno się zrobiło o tzw. oknach życia. Wciąż trafiam na nowe dyskusje i wypowiedzi na ten temat. I dobrze, bo uważam, że to ważna sprawa, o której należy rozmawiać. Niedaleko prowadzonego przez mnie butiku LoveStore.Barbarella.pl w centrum Warszawie też jest takie „okno” i za każdym razem, kiedy obok niego przechodzę, krew mnie zalewa. Bo przypomina mi o tym, że w naszym kraju cokolwiek kobieta nie zrobi, jakiejkolwiek decyzji nie podejmie, zawsze robi to źle. Seksobojnym politykom i pseudo-obrońcom życia nie chodzi wcale o dobro dzieci, chodzi tylko o to, żeby zastraszyć kobiety. O to, żebyśmy bose i w permanentnej ciąży siedziały po wieki wieków amen zamknięte w kuchni. Żebyśmy wiedziały, że jak z niej wyjdziemy, to zawsze znajdzie się sposób, żeby nam udowodnić, jakie jesteśmy głupie i złe.

Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd

Podobno okna ratują życie biednym noworodkom, są alternatywą dla śmietnika. No tak, nie od dziś wiadomo, że kobiety to nieobliczalne istoty i jak tylko rodzą dzieci, to zaraz siup noworodka do kosza na śmieci. Wokół mamy wspierające, odpowiedzialne i świadome społeczeństwo, i tylko te kobiety są złe. Więc super, że znaleźli się w XXI wieku dobrzy i mądrzy ludzie, którzy zamiast propagować takie niemoralne rzeczy jak antykoncepcja i edukacja seksualna, otworzyli okna życia, żeby pomóc wyrodnym kobietom-matkom zachować resztki człowieczeństwa i zamiast wrzucić dziecko do śmietnika, oddać je po kryjomu, tak, żeby broń boże nikt nie zobaczył całego wstydliwego procederu, do okna życia. Alleluja!

A ja uważam, że tzw. okna życia są nieetyczne. W normalnym społeczeństwie matka, która nie może wychować swojego dziecka, powinna znaleźć na tyle zrozumienia w swoim środowisku, w mediach, w instytucjach społecznych, żeby nie wstydzić się tego, że oddaje swojego dziecko do rodziny, gdzie mu będzie lepiej. Takie podsuwanie okien życia, gdzie pod osłoną nocy można podrzucić dziecko, piętnuje matki, bo sugeruje, że robią coś złego. To jest chore rozwiązanie, o ile w ogóle można nazwać to rozwiązaniem. Dlaczego nie szuka się tych kobiet, dlaczego nikt nie interesuje się ich dramatem lub nieprzystosowaniem społecznym, dlaczego zakłada się, że są złe, nie mogą się wylegitymować, wytłumaczyć i muszą się wstydzić swojej decyzji.

Znalazłam w Internecie wypowiedź pani psycholog Alicji Święcickiej, która promuje okna życia i nie ukrywa przy tym, że nie stoi po stronie matek: „Ale to nie państwo, otwierając okna życia działa nieetycznie, tylko matka zachowując się w taki sposób. Ci, którzy otwierają tego typu miejsca po prostu starają się nadać tej trudnej sytuacji możliwie humanitarny wymiar”. Gdyby tak kobiety zaczęło się traktować w tym kraju po ludzku, to wtedy moglibyśmy mówić o humanitarnym aspekcie jakiegoś rozwiązania. W naszym kraju matka jest jednak tylko workiem do wylęgania dzieci. Z gruntu podejrzanym, bo trzeba go pilnować, żeby w czasie ciąży niczego nie wykombinował (po to mamy ustawę antyaborcyjną), a po urodzeniu dziecka trzeba mu podsuwać jakieś okna życia, żeby w poczuciu wstydu i ze świadomością, jak nisko upadł (ten worek do wylęgania), mógł po kryjomu, pod osłoną nocy, podzielić się z narodem dobrem, jakim jest dziecko. Bo kobieta tym dobrem już na pewno nie jest i zawsze znajda się życzliwi w tym kraju, którzy ochoczo jej o tym przypomną.

A ja pytam: co w tym złego, że kobieta, która nie ma warunków do wychowania dziecka, odda dziecko do rodziny, która na takiego noworodka czeka? Dlaczego trzeba robić to pod osłona nocy i jakim prawem twórcy tych okien czują się dobrze? Co takiego rozwiązali? Jaki problem poruszyli?

Zamiast okien życia powinny być kampanie uświadamiające, że oddanie dziecka do wczesnej adopcji, w sytuacji kiedy nie czujemy się na siłach go wychować, nie jest niczym złym, że są rodziny, które czekają na takie dzieci. Że można to robić w biały dzień i być pewnym, że znajdzie się wsparcie, zrozumienie i jeśli trzeba pomocne dłonie w tych chwilach. To jest humanitarne rozwiązanie. My zamiast tego, ciągle mamy patriarchalną mentalność rodem z średniowiecza. Wstyd mi za okna życia w naszym kraju.

Joanna Keszka

Zaprzyjaźnianie się z seksualnością to podróż na całe życie [VIDEO]

Po czym poznać, że z jakimś panem, czy panią absolutnie i na 100% żadna ekscytująca przygoda nas nie czeka? W zasadzie uważam, że każdemu należy dawać szansę i nikogo nie skreślać przed startem, a jednak są pewne znaki na ziemi i niebie, które moim zdaniem niezbicie wskazują, że z tą osobą szału nie będzie. Otóż kiedy słyszę deklaracje, że ktoś „wie o seksie wszystko” albo „niczego mu nie trzeba tłumaczyć” tudzież „niczego nie potrzebuje: ani nowych umiejętności ani informacji, ani broń boże, żadnych gadżetów” – wtedy od razu wszystko mi opada: zarówno ręce, jak i poziom ciśnienia krwi w łechtaczce. Lepiej trzymać się od takich postaci z daleka i spokojnie wyruszyć sobie dalej w poszukiwaniu dobrej zabawy w życiu i w sypialni.

Od kiedy zajęłam się promowaniem kobiecej perspektywy w polskich rozmowach na temat seksu, wiem, że zaprzyjaźnianie się ze swoją seksualnością to jest podróż na całe życie. Zamiast od razu odrzucać nowe pomysły, lepiej zapytać siebie: „Co zyskam, jeśli tego nie spróbuję?” Seksualność uwielbia być odkrywana. I to jest najlepsza część tej zabawy: że nigdy się nie kończy. Chociaż czasami mam wrażenie, że niektórzy tak naprawdę nigdy jej nie zaczęli.

A dzisiaj miałam okazję pokazać się w telewizji i przedstawiać kobiecy punkt widzenia na sprawy edukacji seksualnej. Co powiedziałam i co usłyszałam, ten oto filmik wideo wam opowie:

Joanna Keszka w "Dzień Dobry TVN" - kobiecy punkt widzenia na seks

Świętowanie - harowanie?

Okres przedświąteczny i same Święta można przeżyć na dwa sposoby: bosko, to znaczy z uśmiechem i kieliszkiem dobrego wina w ręku, albo zgodnie z tradycją – przy garach w kuchni i usługując wszystkim wokół. Wybór należy do Ciebie.

W moim kalendarzu przerwa świąteczna to okazja, żeby się wyspać, obejrzeć tyle odcinków „Przyjaciół”, że potem przez cały rok już nie mogę na nich patrzeć (aż do następnych świąt), popić sobie winko, które zagryzane świątecznym bigosem nawet nie grozi kacem.

Lubię święta, ale od niedawna. Jeszcze kilka lat temu okres świąteczny był dla mnie wielkim wyścigiem z czasem pod hasłem: ”O mój boże, żeby tylko zdążyć ze wszystkim przed pierwszą gwiazdką!”. Przejęłam pałeczkę od mojej mamy, bo z racji mojej płci byłam do tego przygotowywana od dzieciństwa i tak oto pewnego niezbyt pięknego dnia zostałam Główną Organizatorką Świąt. Więc najpierw było sprzątanie całego mieszkania, odkurzanie każdego kąta i każdej książki, potem wjeżdżały kolejne atrakcje: domowe pierniczki, sałatki i ręcznie lepione pierogi. Ile ja życia straciłam przy lepieniu pierogów na święta. Oczywiście nie było świąt bez karpia, przygotowywanego przeze mnie osobiście. Jako kobieta, czyli kapłanka domowego ogniska, nabuzowana kawą, stałam przy garach, tudzież jechałam na ścierce aż do pierwszej Gwiazdki. Bo chciałam, aby było miło, dobrze i przyjemnie i rodzinnie. Tak jak w książkach, gazetach, filmach i reklamach, gdzie perfekcyjna pani domu z uśmiechem zaprasza domowników do suto zastawionego stołu. Jednak w przeciwieństwie do pań z reklam świątecznych, kiedy ja zapraszałam do stołu, to nie miałam już uśmiechu na twarzy, tylko wszystkiego i wszystkich dosyć. Mimo, że próbowałam wycisnąć z siebie tyle entuzjazmu, ile tylko się dało, co roku z radością witałam zakończenie takiego świętowania.

Wypełnianie tradycyjnej roli kapłanki domowego ogniska zdecydowanie mi nie służy. Więc wreszcie mnie oświeciło. Kiedy w tym roku zaczął zbliżać się koszmar kolejnych świąt, postanowiłam… odpuścić. I zrobić sobie prawdziwe Święta: pierogi z tacki, ciasto z cukierni, wspólne sprzątanie dla wszystkich i po równo (bez zaglądania w kąty), żadnego karpia, trochę śledzi i barszcz z kartonu. I stał się cud! Poczułam ducha Świąt Bożonarodzeniowych. Po tylu latach, nareszcie.

I dla wszystkich, którzy tęsknią za prawdziwie świąteczną atmosferą mam kilka sprawdzonych podpowiedzi:

1. Zastanów się dwa razy, bo może wcale nie musisz tego robić

Kiedy masz coś zrobić w domu, pomyśl dwa razy, bo może okazać się, że wcale nie musisz tego robić. To jest jedna z moich ulubionych życiowych zasad. Bardzo ułatwia organizację i pozwala zaoszczędzić masę czasu. Stosuję ją na co dzień i od święta.

2. Bądź mądrą dziewczynką i nie baw się w perfekcyjną panią domu

Zamiast katować się wcielaniem w perfekcyjną panią domu, podaruj sobie spokój. Poważnie. W tym celu:

  • zrób listę rzeczy do zrobienia według ważności
  • od razu wykreśl ¼ z nich
  • z pozostałych wybierz tę ważniejszą dla ciebie połowę
  • a z reszty radośnie zrezygnuj

3. Nie wszystko na twojej głowie

Dziel się szczodrze zadaniami, których nie sposób się pozbyć w ogóle. Powiedz swojemu partnerowi konkretnie i bez niedomówień, co ma zrobić. Uwierz, że jest dużym chłopcem. Na tyle inteligentnym i samodzielnym, że poradzi sobie nawet z takim ambitnymi zadaniami jak czyszczenie sedesu czy kupowanie warzyw do sałatki. Jeżeli ty możesz, to on też. Nie wyręcza go, nie obsługuj, nie zapraszaj na gotowe. Jeżeli robicie slalom na mopie, to ramię w ramię. Kiedy trzeba obrać ziemniaki, czy pokroić marchewkę, też dzielicie się robotą uczciwie. Zobaczysz, że dzięki temu życie nabierze kolorów, a wasze wspólne przecież Święta – blasku. Jeżeli kochany Mysio, Pysia się zmęczy i zapadnie się przed telewizorem, zasiądź tam razem z nim. Skoro on może robić sobie przerwę, ty zasłużyłaś na nią tym bardziej.

4. Powiedz krytykantom, żeby się zamknęli

Święta to czas spędzany w rodzinnym gronie. Lepiej więc nie dać się omamić przesłodzonym reklamom na których wielopokoleniowe rodziny uśmiechają się do siebie zza stołu. W realnym świecie należy być w tym okresie przygotowaną. Wcześniej opracuj sobie gotowe teksty na wszelkie rodzaju zaczepki i mniej lub bardziej wyraźne aluzje, że sobie w życiu nie radzisz tak jak trzeba, że nie jesteś wystarczająco gospodarna, czy zapobiegliwa, że nie potrafisz sobie radzić z dziećmi ani zatroszczyć się o męża. Nie chodzi mi o wzbudzenie prowokacyjnej zaczepności z twojej strony. Przypominam tylko, że warto przygotować się do wysyłania jasnego komunikatu: „Nie szukam zwady, ale proszę szanować mnie, mój punkt widzenia i to co postawiłam przed wami na stole.” Wiele z nas uważa, że nawet obrona własnego zdania to gotowy przepis na rodzinną awanturę. Nawet jeśli, to nie ty zaczęłaś, prawda? Masz pełne prawo do poszanowania twoich decyzji i wyborów, bez względu na to, czy oznaczają brak karpia na stole, brak męża, brak dzieci, czy braki pieniędzy na koncie.

I teraz mogę pożyczyć wam relaksujących świąt. Jesteście już na nie gotowe.

Joanna Keszka

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Możesz określić warunki przechowywania, dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Zamknij