sobota, 25 maja 2019

Czasami oglądam kobiece seriale

Minął weekend. I co tu kryć, jego część minęła mi przed telewizorem. Przez chwilę przyglądałam się telewizyjnym produktom dla kobiet. Ja nie boję się kobiecych filmów, chociaż wiem, że dla tzw. większości „kobiecy” oznacza po prostu głupszy. Tak jakby filmowe strzelanki z Segalem czy innym Van Damem kryły w sobie jakąś głębszą prawdę.

Uwalniając się na chwilę od wartościowania tego, co kobiece i tego, co męskie, obejrzałam sobie serial „Przepis na życie”. O kobietach i dla kobiet. I włosy mi dęba stanęły. Mamy tu promowanie kobiecej bezwolności pełną gębą. O sponsorowanie tego filmu podejrzewam jakiegoś producenta antydepresantów dla kobiet. Oto kolejna historia o tym, że kobieta może coś zmienić w swoim życiu na lepsze, tylko wtedy, kiedy beznadziejny partner, z którym żyła, spakuje się i odejdzie. A co by było gdyby nie odszedł? Byłaby dalej szczęśliwą konsumentką antydepresantów, czyli żoną, która niczego dla siebie nie chce. Po co starać się o dobre i godne życie? Przecież jak zauważy się w swoim życiu radości brak, to zawsze można sięgnąć po procha.

Ale w naszym serialu los się uśmiecha do głównej bohaterki, bo oto mąż ją zostawia dla innej. I tak kobieta otrzymuje szansę na lepsze życie, z której to szansy, z płaczem to z płaczem, ale korzysta. Sama niczego by w swoim życiu nie zmieniała, mimo, ze szczęśliwa nie była, ale okoliczności ją do zmian na lepsze zmuszają, wiec bierze się z życiem za bary. Odkrywa w sobie nowe siły i nowe pomysły na życie. W sumie fajnie, ale okazuje się, że nie o to chodzi, nie to się w życiu liczy. Samodzielność, refleksyjność, wyznaczanie sobie kolejnych celów i realizowanie ich bez oglądania się na innych, to jest tylko taki przejściowy etap. Bo happy end może być tylko jeden: kiedy kobieta znajdzie sobie nowego mężczyznę. Innych definicji kobiecego szczęścia w przyrodzie, czyli w serialach brak. Tylko mąż może uszczęśliwić kobietę.

Z kolei panie, które chcą dla siebie czegoś więcej od życia i próbują swoim partnerom stawiać granice, przedstawiane są w tego typu serialach jako szalone, rozwiązłe i po prostu złe. Nie poświęcają się dla męża i dzieci, więc ich życie nie ma sensu. Koniec, kropka. W efekcie nikt ich nie chce i nawet jeśli na chwile ukradną cudzego męża, na koniec zostaną same. No chyba, ze się odmienią i przestaną tak o siebie dbać i troszczyć się o ważne dla nich sprawy. Jak je wreszcie oświeci, że cudze racje, szczególnie męskie, są ważniejsze niż ich własne, wtedy normalnieją i też dostają od scenarzysty szansę na happy end, czyli... męża!

Przynajmniej jedno jest dobre w takich serialach i filmach. Pokazują, że sprzątanie, gotowanie i ciągłe dawanie kolejnej szansy nie jest najlepszą receptą na to, żeby żyć długo i szczęśliwie. Nawet w seksistowskich serialach dla kobiet.

Joanna

Dodaj do:
Facebook Wykop Blip Śledzik Twitter

Dodajesz komentarz jako gość

Skomentuj

Fill in the blank
komentarze (3)
sortowanie: najnowsze/najstarsze
gość

akurat Magda Kumorek wynagradza mi wszelkie niedociągnięcia fabuły czy seksistowskie nacieki...ludzie (czyli kobiety też haha) boją się zmian...częściej wolą jednak stagnację w czymś, z czego są zadowoleni na pół gwizdka niż zbierają się do walki o lepsze i nowe...taki ot normalny komformizm...zły? każdy ma swoją receptę na życie...

gość

W tym serialu wcale nie bylo tak, że odejście męża zmobilizowało główną bohaterkę do wprowadzania zmian w swoim życiu. Ona po prostu została zwolniona z pracy i nie miało to nic wspólnego z odejściem męża. Trzeba było oglądać serial od początku. A autorka artykułu chciała koniecznie znaleźć dziurę w całym aby coś wyskrobać...

gość

Mamy beznadziejne seriale, ale na pociechę jest zawsze "Mała czarna" :-)

 
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Możesz określić warunki przechowywania, dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Zamknij