sobota, 23 września 2017
postów: 3

"Toksyczne zwiazki"



Kiedys poznałm człowieka, faceta , marsjanina, zwał go jak zwał ,zakochanie w pierwszej chwili , potem czekanie az pan sie pojawi i pojawial sie kiedy chcial, zawsze ugrzeczniony, rozkochany, namietny ale nigdy nie chciał zostac na dluzej ,uwazał ze to nie inspirujace ,wiec wracal kiedy chcial a ja czekalam jak na mistrza ceremonii.Pewnego dnia poczulam swoja samotnosc ktora zbudowalam tym wiecznym czekaniem i właczyłam niszczarke uczuc .to była jedyna madra decyzja . teraz zawsze mam niszczarke pogotowiu na takich lisków


tak, dobrze ujęty problem: kiedy taki pożeracz emocji i energii jest przy nas, to jest jest słodki i wciska, że nie wie o co nam chodzi, kiedy próbujemy zgłaszać jakieś reklamacje; przecież jest obok nas, jest miło i sympatycznie,więc o co nam chodzi? a potem robi to co jemu pasuje, nie oglądając się na nas, można od tego zwariować, z jednej strony niby sam miód i malina, z drugiej, samotność i poczucie, że się z nami nie liczy i nie jesteśmy dla niego ważne i te ciągłe jego deklaracje, że wcale tak nie jest, że jest dla nas dobry, tak bywa dobry, ale tylko wtedy, kiedy akurat jemu to pasuje. Uciekać, uciekać jak najdalej od takiego cwaniaka,

moja siostra wpakowała się w taki toksyczny układ po uszy:
on wydaje się miły, sympatyczny i wciąż deklaruje, jak to lubi moją siostrę,
jednak, kiedy tylko ona czegoś od niego chce, typu: żeby trochę posprzątał po sobie, albo zrobił coś na czym jej zależy, to on udaje, że nie słyszy, albo po prostu nie reaguje na to co ona mówi i nic nie robi, a kiedy ona jest sfrustrowana takim zachowaniem, bo to jest frustrujące, kiedy osoba, która mówi, że ci na tobie zależy, olewa cię, to on robi z niej wariatkę, udając, że nie wiem o co jej chodzi, bo on jest taki miły, a ona marudzi i się czepia, przecież jakby sama zaniosła ten talerz do zmywarki, to szybciej by rozwiązała problem niż męcząc jego, takiego miłego faceta, ten jej gość co innego mówi, a co innego robi,
moja siostra jest zaplatana w tą relację strasznie, to jest poziom skażenia związku na poziomie Czarnobyla

Amen.

Byłam swego czasu w związku z jednym kolesiem. Dowiedziałam się, że kiedyś był w seminarium. No, ale skoro je opuścił, droga wolna- tak pomyślałam. Na początku było wręcz cudownie. Wpatrzony był we mnie jak w przysłowiowy obrazek. To było jak powiew świeżego powietrza - poprzedniemu partnerowi nie pasował mój wygląd, moja waga, moje poglądy... natomiast w oczach tego nowego moje ciało było idealne, ciuszki kuszące a poglądy co prawda niesłuszne ale akceptowalne (wyznaliśmy zasadę, że nie będziemy się nawzajem nawracać). Sielanka trwała do momentu, w którym oświadczył, że nadal odczuwa ślady powołania. Muszę przyznać, że mnie zmroziło. Powiedział co prawda, że nie chce mnie skrzywdzić, ale musi wszystko przemyśleć. Bił się z myślami- z jednej strony serio nie chciał łamać mi serca, z drugiej ciągnęło go do sutanny. Cóż, powiedziałam tylko, że nie chcę Go naciskać, ale powinien szybko dokonać mądrego wyboru, bo niepewność jest tu destrukcyjna. Wiedziałam, jak to jest być odepchniętą i obawiałam się powtórki. Później zdeklarował się, że zostaje ze mną. Jakże się cieszyłam! Miałam kochającego faceta, który dla mnie dokonał takiego wyboru i mnie wspiera! Wariowałam z radości. Pomagałam Mu, kiedy do niego przyjeżdżałam a On nie żałował funduszy, bym pobyt wspominała jak najmilej. Uznałam, że skoro haruje jak wół (wspominał o wspólnym gniazdku, na które chciał oszczędzać), należy Mu się chociaż taka forma wdzięczności. Później niestety temat wrócił w postaci hipotetycznej rozmowy odnośnie hipotetycznych ślubów kapłańskich. Jeszcze później stwierdził, że chce spróbować ze mną pomieszkać rok i podjąć decyzję. Załamałam się- rok czekania, angażowania, który może skończyć się źle? W owym czasie nie miałam Mu nic do zaoferowania, więc skoro sprawa wróciła, Jego decyzja była dla mnie jasna. Dodatkowo, moją pomoc coraz mniej uznawał za dowód wdzięczności a coraz bardziej za oczywistość, co mnie bolało. No i odeszłam, On się pokajał, temat znów wrócił, znów odeszłam, potem znów On się pokajał... W końcu zamknęłam sprawę definitywnie i jest mi smutno. Pewnie powiecie, że tak obawiałam się rozstania, że aż sama odeszłam i to zapewne prawda... Z drugiej strony, gdyby nie ta niepewność, miałabym naprawdę cudownego faceta, oszczędnego w słodkich słówkach, za to wielkiego w sercu i gestach. I jest pat. Chętnie bym wróciła, w końcu oboje męczymy się bez siebie, ale z drugiej strony wtedy wróci też temat seminarium a na to słowo reaguję alergicznie- a nie chcę Go ranić schodząc się tylko po to, by się rozejść. I tak źle i tak niedobrze...

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Możesz określić warunki przechowywania, dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Zamknij