poniedziałek, 18 czerwca 2018
postów: 0

"Powolne usychanie"



Będzie długie, trochę nudne ale prawdziwe......

Kto czytał lub oglądał "Anna Karenina"? Troszeczkę problem mi znany, ale najpierw dla tych co nie wiedzą streszczę tą powieść. Anna to piękna i lubiana matka, żona i dama wyższych sfer, jej mąż wierny, kochający "na swój sposób" ale za to śmiertelnie "poprawny" i "ułożony" spełniający swoje obowiązki mężczyzna. Ona z braku głębszej czułości od męża rzuca się w objęcia młodszego kochanka który pod koniec porzuca ją dla następnej kochanki. Nasza bohaterka w wstydzie i depresji rzuca się pod pociąg i umiera.
Czemu przypomniałam ten film? Bo mąż Anny przypomina mi mojego męża. Obaj są wierni, i dobrze sprawują swoje obowiązki ojca. Obaj są poważni, mało emocjonalni, drażniąco spokojni. Przykładni mężczyźni dla rodziny. Ale tylko częściowo. Obaj zachowują się tak jakby ich prawidłowe życie składało się z realizacji planu wg numerków. Obaj tylko by pracowali i dostarczali byt rodzinie.
Podejrzewam że Anna i jej mąż mieli ciekawy, dojrzały związek który w pewnym momencie zaczął pękać. Ona jak ja jest ekstrawertyczką, i po wielu latach zwyczajnie poddaje się, usycha przy taki sterylnym mężu. Nie łączy ich już żadna więź, oprócz obowiązku prowadzenia poprawnego związku. Tak i ja, chociaż w innych realiach czuję że nas związek zmierza do tego.

Męża znam 10 lat, i zdecydowanie wyszłam za miłość mojego życia. Całkowicie byłam świadoma jaki z niego stoik i introwertyk, ale nasze różnice potrafiły mi dawać taką energię do życia że przez następne 6 lat żyło mi się dobrze. Problem stał się kiedy na 2 lata straciłam pracę, większość czasu spędzałam w domu gdzie codziennie obowiązki zabijały mnie, z braku rozmów kwalifikacyjnych i zbliżającej się 30-tki postanowiłam zajść w ciążę. Oboje chcieliśmy dziecka, udało się, nasz kraken daje nam ostro w kość. Nie jest normalnie-energicznym dzieckiem, jest mega-hyper-energicznym dzieckiem (żywotność potwierdzona przez rodzinę i panie z żłobka). Pomijając moją depresję poporodową, dziecko dosłownie wypruwa z nas wszelką energię. Zbawieniem jest żłobek i czasami dziadkowie. Jest wyjątkowy, jest cudownym małym człowiekiem, jest nasz.....i jedynie on który nas łączy.

Synek stał się małym chłopczykiem dla którego tworzymy normalną rodzinę, i śmiechem, wspólnymi posiłkami i dobra zabawą. Ale gdy jego nie ma, te nasze dwa ciała niebieskie zaczynają krążyć wokół własnych gwiazd. Mąż zabija mnie swoim naturą, w tym roku 2017 kochaliśmy się chyba 5 razy na 365 dni w roku wychodzi średnio że nas stosunek odbywał się co.........73 dni czyli co 2,5 miesiące. Nie jestem w stanie zaakceptować tego samego sposobu dotykania mnie, nic nie robi improwizując. Wieczny schemat. Mimo moich próśb, zachęcań, pokazywania palcem tu i tak. Mąż robi swoje......

......nie przytula, nie całuje, nie dotyka..............kiedyś żartowałam że raz na rok powinien powiedzieć kocham cię i wtedy odhaczy roczny plan, to drogie panie nie są żarty to moja rzeczywistość, lecz od dwóch lat ani razu tego nie powiedział. Gdy się go spytacie czy mnie kocha? Od razu powie że tak, że ja i synek jesteśmy dla niego najważniejsi.

Nie mam innego, nigdy nie miałam, za to moja wyobraźnia szaleje codziennie wraz z paluszkami po moim ciele. Niby masturbacja uzależnia ale....co zrobić innego? Przecież nie zdradzę. A jak z seksem? Gdy mąż jest w środku mnie zwyczajnie.....jest i ...jest....udaje że jest mi dobrze (dobra w tym jestem) bo tak głupio mi że nic nie czuję do niego.
Nie podnieca mnie w ogóle, wielokrotnie prosiłam go żeby był czulszy do mnie, żeby mnie przytulał i dotykał aby mnie rozbudzić.....on odpowiada że tego nie czuje, i nie chce się zmuszać aby to robić na żądanie.....ale....on to w ogóle nie robi......nigdy. Z pewnością chciałby się pokochać, jak to facet, ale jak to już dochodzi do tego to UWAGA!
- odkłada książkę kolejną...na kolejne szkolenie....ja nie wdzięczna prawda?
- wstaje i podchodzi do sypialni
- zdejmuje spodnie (no chyba że wcześniej idzie ptaszka umyć do zlewu) kładzie się na łóżko i czeka
- ja przychodzę, zaczynam go całować, masować inicjuje grę wstępną
- on wiedząc że ja potrzebuję tego, zaczyna masować moje miejsca intymne, od razu wsuwa swoje paluszki bo... ach na pewno już jestem gotowa...taaaak na pewno
- w między czasie syczę przez zęby że za szybko ale dobra coś tam czuję
- po 20 minutach takich zabaw czuję że nie dam rady dłużej udawać i trzeba prawidłowo i z wyczuciem to zakończyć, aby od razu nie doszedł oralnie pomagam mu wydłużyć stosunek z minuty do 7 minut.
- i tu są dwa zakończenia
1. dochodzi po minucie, oboje nie komentujemy nic, bo ile można po 10 latach naprawiania tego od maści, zabaw, pieszczot wydłużających dojść do tego że nic kurna nie pomaga....ale hej!! kochamy się, prawda? to jest najważniejsze...hej, hej :-/
2. dochodzi po dłuższym czasie (jest okej, jest odhaczona średnia czasowa), w międzyczasie uda się zmienić 3 pozycje, jak już pada na łóżku, szczęśliwy że kochał się żoną, wyciera się, wstaje i idzie do toalety (kto wie ten wie po co, męska rzecz zwyczajnie).

i teraz ja, nie zależnie od scenariusza......leżę udając że było dobrze, czując jak w środku umieram krzycząc że dłużej tak nie zniosę. Po 5 latach tłumaczenia i proszenia aby użył w tym trochę swojej wyobraźni jak ja, że ja mu pokaże, nauczę.....ciołek powtarza swój schemat.

Dużo by pisać, chyba zwyczajnie musiałam to napisać. Nawet nie oczekuję odpowiedzi. Kochane....ja umieram, usycham. Moja wierność zabija mnie. Rok temu poznałam kolejnego ciołka, też introwertyka. To tylko kolega i łączy nas tylko internetowa sympatia i miłość do wspólnego grania. Ale ciołek jest ciołkiem nowym, i myśli o nim pozwalają rozbudzić we mnie tyle wspaniałych uczuć że wiję się jak kotka po łóżku, doznając wielokrotnych orgazmów w każdym miejscu mojego ciała. Który oczywiście sama sobie zadaje. Tak wiem na żywo, może być gorzej, że masturbacja uzależnia ale.......czuję się wtedy taka kochana.......lecz po tym wyję z żalu pod kołdrą bo tak rozpaczliwie i żałośnie pragnę uczucia i ciepła od męża.

Tak....też o tym mówiłam mężowi (o samotnych myślach pod kołdrą), wiecie szczerość to podstawa. I nie.....nie zmieniło to nic. Nadal jesteśmy "poprawnym" małżeństwem.

Udało mi się coś przekazać, wyżaliłam swoje 4 litery? ......a więc....bardzo bardzo bardzo dziękuję że przebrnęłyście ten tekst ze mną, jesteście kochane, dziękuję jeszcze raz :-*

Azu


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Możesz określić warunki przechowywania, dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Zamknij