sobota, 25 marca 2017
postów: 180

"Porozmawiajmy o ZDRADACH I KOCHANKACH."



Zdradziłaś? Zdradziłeś?
Czy zdrada zawsze jest zła i prowadzi do rozłamu? Czy bywają sytuacje, gdy zdrada uratowała Was w jakikolwiek sposób.

A może byłaś kochanką? Kochankiem?
Wyrzuty sumienia...?
A może ciągniesz to dalej?
Co o tym myślisz. Dlaczego. Uzasadnij.

Czy związek kochanki/kochanka z zamężnym/ zamężną ma sens?
A może to tylko egoizm?
Jednak może coś wnosi do Twojego życia?

Prosiłabym jednak o niewyzywanie się i o potraktowanie tego tematu do dyskusji a nie wyzywanki.
Nie taki cel.


zdrada to taki prymitywny sposób na zamiatanie pod dywan swoich słabości. Tego, że jest się w złym związku, gdzie zamiast zdradzać powinno się odejść albo, tego że nie potrafimy się postarać czy odważyć we własnym łóżku, żeby było ciekawie, namiętnie, goraco i kochająco, a zamiast tego wybieramy trchórzowską wersję szukania podniet gdzie indziej a do domu wracania na ciepłe obiadki, bo tak nam wygodniej i mamy w dupie, czy kogos to rani i czy kogoś oszukujemy. To tyle w temacie.Zgodnie z prośbą w poście starałam się nie wyzywać.

ja kiedyś zrobiłam taką głupotę i byłam przez kilka miesięcy tą trzecią, niczego tak bardzo nie żałuję i do tej pory jak mi się przypomni, to się sama przed sobą wstydzę. jedna pozytywna strona tego wszystkiego to taka, że nie ma mowy, żeby kiedykolwiek w życiu zrobiła coś podobnego.

No właśnie.
Żałujesz ze względu na brak moralności? Czy może stracony czas?
Jak to jest... w Twoim przypadku :)

No właśnie.
Żałujesz ze względu na brak moralności? Czy może stracony czas?
Jak to jest... w Twoim przypadku :)

hm... cóż, "ze względu na brak moralności" zabrzmiało trochę groźnie :)) po prostu mnie to wszystko znudziło. to był okres, kiedy dużo się zmieniało w moim życiu i jakoś tak nabrałam dystansu do pewnych spraw, w tym akurat tej, o którą się rozchodzi. nagle to wszystko stało się dla mnie strasznie śmieszne i groteskowe. śmieszny pan który wraca potem do domu, wymyśla kłamstwa i wpiernicza kolację, odrabia lekcje z dzieciakami czy wynosi śmieci. jakoś zaczęło mnie to brzydzić, więc się wymiksowałam i po sprawie. wogóle uważam, że zdradzający to śmieszni frajerzy i tchórze, bo będzie taki kłamał, wymyślał, że w pracy dłużej czy coś, będzie umierał ze strachu, żeby się nie wydało. żałosne. nie no, gardzę takimi frajerami :))))

rooda - z ciekawej perspektywy napisała o zdradzających facetach - tchórze, którzy chca miec i obiad na stole i trochę seksu liznąć, ale z kimś innym, zeby nie było w domu konieczności zdobycia się na odwagę i poproszenia żony o zrobienie razem coś ekstra, ja też tak to widzę,
jest to o tyle ciekawe, ze zazwyczaj o zdradach pisze się, że może kobieta- żona czegoś mu nie daje, ale to nieprawda, oni chca mieć takie żony w bamboszach, sami je sprowadzają do poziomu wiecznych mamusiek, a potem szukają seksu na boku, bo przecież z "mamuśką" nie jest tak fajnie, dlatego nie wierzę w podawanie obiadków jako sposób na budowanie związków, tylko w seks o którym się rozmawia i który angażuje i cieszy obie strony,

Mam dokładnie takie samo podejście jak zulka. Kilka lat temu przespałam się z zonatym facetem. Był to właśnie taki przypadek. On miał w domu spokoja żonkę a tu się ja trafiłam, szalona koleżanka z pracy. W trakcie tamtej nocy spytałam go czy robi z żoną to, czy robi tamto, czy spróbowali. Nie... nie robi tego z żoną. Nie rozmawia z nią na takie tematy. Zrozumiałam wtedy argumenty zdrady.

Pamiętajmy, że kobiety również zdradzają :)
To nie jest jedynie problem mężczyzn.

Co do zdrad. Problemy czy też powody zdrad również bywają różne. I niekoniecznie powodem zdrady jest nieudany seks z partnerka :P
Moze byc takze tzw. "brak chemii". Np.
Czy to jakkolwiek usprawiedliwia?
Jasne, że nie.
Ale tu jest nazywanie mężczyzn zdradzających tchórzami podczas, gdy dziewczyny również tak samo się zachowują. I... to normalne. Bo też jesteśmy ludźmi. Mamy słabosci.

no własnie...ja tez nie jestem święta...zdradzilam swojego meza z kolega z pracy, prawie otarlismy sie o rozwod, papiery do sadu ja złozylam...czemu zdradziłam...bo to co miałam w domu mnie nie wystarczało...w zeszłym roku w kwietniu byłam na skraju wyczerpania nerwowego...praca dom, dom praca...2 dzieci i maz wracajacy o 20 do domu, bo "charuje dla nas"...ja 7.20 do pracy, do 16-tej, pozniej pędem do domu, bo do 17 niania...o 20 podac mezowi obiadek pod nos, dzieci umyc, przeczytac bajke i połozyc spac...do tego 2 razy w tygodniu angielski od 20.30 do 22....w koncu ktoregos dnia cos we mnie pękło... nie wytrzymałam...siedziałam przy biurku w domu i ryczałam jak głupia, ze dłuzej tak nie mozna zyc, ze ja tak nie dam rady...a maz patrzył na mnie jak na wariatke i probował dociec skad moj "zły nastroj"...wtedy poznałam jego...kolega z pracy, z innego oddziału...zaczelismy rozmawiac...nie na zywo, ale mailowo...zaczełam mu opowiadac, zwierzac sie...w jeden miesiac postawił mnie na nogi...odżyłam...znow sie smiałam, zaczełam sie seksowniej ubierac, bardziej kolorowo, kobieco, zaczełam myslec o sobie, robic cos dla siebie...po jakims czasie stał mi sie bardzo bliski...poszlismy do łozka...było fantastycznie...czy robiłam takie rzeczy z mezem? nie, maz nie lubi sexu oralnego...tzn. lubi, ale w jedna strone...jak ja mu robie dobrze...nie moze dojsc jak robimy to na stojąco, praktycznie dochodzi tylko w pozycji misjonarskiej...maz lubie swiece, nastroj itd...a mnie sie czasem marzy ostry sex...czy rozmawiałam z nim o tym? nieraz...on oczekuje ode mnie recepty...zrob mi tak i tak...a bedzie mi dobrze...a na to nie ma recepty!! albo czujesz swoja partnerke, umiesz sie wsuchac w jej odgłosy, umiesz obserwowac, albo nie...maz nas w koncu przyłapał...miło nie było...tamten chłopak sie wystraszył, ja straciłam zaufanie do niego i sie sama pogubiłam w tym wszytskim...wrociłam do meza..i co? non stop wysłuchuje jaka to jestm niedobra, non stop wymowki, wypominanie...jak ja mogłam mu cos takiego zrobic...teraz widze jedno...po czym takim odwrotu nie ma..raz dla meza, dwa dla mnie - ja juz nie chce schodzic na ziemie, nie chce byle jakiego małzenstwa i byle jakiego sexu...dla mnie teraz byłoby lepiej gdybym była sama...tylko dzieci...one niczemu nie sa winne...

Widzisz dokładnie to samo ma moja znajoma internetowa. Maż jej nie zadowala a właściwie jak raczy to zrobić to raz na tydzień albo dwa i to ze słowami na ustach "powinno ci starczyć na następne dwa tygodnie" - jak można coś takiego powiedzieć? Sam nie wiem. Generalnie to nie zawsze jest tak że da rade nie zdradzić moim zdaniem bo tak jak w jej przypadku co ona ma począć skoro rozamwia z mężem mówi mu o potrzebach, stara się dać znać że cierpi i się frustruje a mąż jak pień głuchy. Proponuje jej poradzić się psychologa ale ona mówi że on nie pójdzie za chiny bo uważa że to wariacki pomysł. Szkoda mi jej bo nawet pod groźbą tego że ona mówi " zdradzę cię bo nie mam siły potrzebuje cie i chce z tobą przeżywać ale ty nie wykazujesz minimalnej chęci" on i tak odpowiada jej ok - ok tylko pamiętaj żeby twój kochanek płacił nasze rachunki. Dziewczyna ma 30 lat dziecko jest małe zajmuje się domem i akurat straciła pracę. Kochany facet co ? I powiedz cię mi jak można jej pomóc? Widać że to typ matki polki i tradycja ją silnie trzyma w okowach złej relacji ale sama nie umie sobie z nią poradzić. Dodatkowo z kązdje naszej rozmowy wynika że jest spragiona seksu innego seksu chce poczuć innego mężczyznę w sobie ale także zaznać tego na co mąż kategorycznie się nie zgadza w stylu seks analny, ostrzejszy mocny, oralny w jej strone, zabawki itd. Co mają począć takie kobiety i jak tu nie zdradzić ? skoro nic nie działa. Ona już wiele razy myślała żeby zdradzić ale nie miała z kim a mówiła że tez dla bezpieczeństwa wolala by zeby to byl ktoś z rodziną. - oczywista obrona przed większym prawdopodobienstwem mniejszych konsekwencji jakby sie wydało.

...co zrobic?...poqwiem cos czego sama jeszcze nie zrobiłam, bo brak mi odwagi, siły, boje sie ze sobie nie poradze z dwojka dzieci sama...tez mam 30 lat...odejsc od niego i znaleźć kogos innego...dopoki jeszcze ma tylko jedno dziecko...potem bedzie sie bała jeszcez bardziej, nie ma nic gorszego jak sfrustrowana, placzaca 30-latka, unieszczesliwiajaca swoja rodzine, dzieci i siebie...ja osobiscie nie chce przekazac tego wszystkiego mojej corce...chce ja wychowac na zadowolona z zycia, pełna optymizmu i siły kobiete...a czego ją poki co ucze? jak nalezy sie bac...wmawiac sobie "nie dam rady sama"..."przeciez on jest dobrym mezem, kocha mnie i dzieci...i co z tego ze w łozku jest nam źle...i co z tego ze on mnie nei rozumie, ze praca jest dla niego najwazneijsza...wazne ze jest..."...tak naprawde to g...prawda, ze jest...bo stale jestem sama...uciekam z tego domu myslami, najlepiej czuje sie w pracy, albo tam gdzie moge spokojnie porozmawiac z kims kto rozumie mnie i moje potrzeby, szanuje mnie i dla kogo jestem wszytskim...
dlaczego nei zdradzic? owszem...jestem tchorzem...przyznaje, powinnam odejsc i dac sobie spokoj...ale rodzina, dzieci, wszystkie wartosci ktore nam wpajają od maleńkości...
przepraszam, ale dla mnie zdrada to nie "pojde, bzykne, bedzie mi dobrze"...ja nie szukam kogos na jedna noc...a kogos na całe zycie, szukam szczescia...

tak do końca to nie wiem czemu zdradziłam. jestem młoda, dwa lata po ślubie. nie mamy dzieci. tak na prawdę wszystko przed nami. a jednak. mąż jest dość zazdrosny. nigdy nie dałam mu powodu do zazdrości. jedyne czego mi brakuje to tego żeby każde z nas miało swój kawałek siebie, takie 10 minut odpoczynku. któregoś dnia mąż zaczął kontrolować mnie tak jakbym była kryminalistką a nie miałam nic do ukrycia. kontrola torebki telefonu i znalazł, dostałam sms od znajomego ze studiów z zaproszeniem na kawę. zaczęło się. awantura nie z tej ziemi. próba wmówienia mi zdrady. nie rozumiałam. ale jednocześnie obudził we mnie buntownika. stwierdziłam a co mi tam. na następną kawę pójdę. i jeszcze tego samego dnia kolega z pracy zaprosił mnie na kawę. zgodziłam się. kiedy poprosił o nr tel nie zastanawiałam się, po prostu wzięłam do ręki kartkę i długopis, zapisałam nr a jemu podałam kartkę . po tygodniu umówiliśmy się na spotkanie. na propozycję spokania u niego nie miałam oporów. może wynikało to też z tego że nie brałam pod uwagę niczego innego jak zwykłego spotkania przy kawie. a jak było? było grzecznie. najpierw kawa potem spacer. w jednym z najpiękniejszych parków w mieście. zaczął padać ciepły letni deszczyk i schowaliśmy się pod rozłożystym drzewem. zachowywałam odstęp, ale on nie dawał za wygraną. próbował mnie przytulić pod pretekstem deszczu spływającego po moich policzkach. cały czas rozmawiał ze mną z pełnym zainteresowaniem o wszystkim. romowa kleiła się świetnie. w końcu zaczął masować mi kark. wiedziałam czym to grozi a jednak nie protestowałam. czułam moment kiedy zdecydował się na pocałunek i tu też nie powiedziałam nie. dlaczego? bo uległam chwili i jego głosowi. a jak było? genialnie. cóż kontynuowaliśmy spacer jakby nigdy nic się nie wydarzyło. po tygodniu znowu poszliśmy kilka razy na spacer i w końcu zlądowaliśmy w łóżku. jak było inaczej. drugi raz bł niebiański. i tak to czego nigdy nie robiłam z mężem stało możliwe. za każdym razem przechodzimy nad tym do porządku dziennego. tak jakby nic się nie wydarzyło. wiem dlaczego on zdradza swoją dziewczynę, z powodu nudy. dlaczego ja? bo ten głos mnie powala. nie potrafię mu się oprzeć. co do męża to myślę że nie narzeka bo funduję mu niezapomniane chwile w łóżku. kolega odblokował mnie totalnie. nie czuję się z tym źle. a wyrzuty sumienia? cóż może ich wyrazem są nowe doznania męża. to jak bardzo czuła się stałam.

W opowiadaniu ankerlam (czyli Marlenka od tyłu:-) )po prostu widzę młodszą siebie!
Wszystkie piszecie o zdradzie z powodów takich jak nuda, niezrozumienie po drugiej stornie itp. A ja miałam fajny związek. Miałam i mam. Seks był zawsze udany (choć teraz po latach widzę jaki ubogi był kiedyś:-) ), mój partner mnie raczej rozumie i ja jego. Ankerlam chyba ma podobnie (no, ale ją chłopak podejrzewał o zdradę, ja takich problemów nie miałam). I kiedyś kogoś poznałam i tak jak ona - dałam się uwieźć. I było super! W końcu się skończyło, bo przestało być super, w tym drugim "związku" zaczęła się rutyna, więc go zakończyłam. Mój partner niczego się nie domyślił, nieźle się kryłam, ale fakt -jak u koleżanki ankerlam - moje nowe doświadczenia wpłynęły pozytywnie na mój stały związek.
Potem zdradzałam jeszcze kilkukrotnie. Tylko raz czy dwa była to przygodna historia, za to kilka razy stały równoległy związek (moi „kochankowie” też mieli stałe partnerki).
Raz o mały włos nie skończyło się źle. Co się stało? Zakochałam się. Na szczęście (teraz piszę "na szczęście", ale wtedy miałam samobójcze myśli) on mnie zostawił. W końcu się wyleczyłam z myśli o nim...
Ale robię to cały czas. I cały czas jestem w szczęśliwym związku! Sądzicie, że to hipokryzja? Ja naprawdę kocham partnera! Wiec czemu zdradzam? Bo lubię seks. Po prostu. Uwielbiam seks. Lubię mieć innych, lubię nowe doznania. Z moim partnerem jest super, ale nie wystarcza mi to. Muszę mieć innych. I tyle. Żadnej ideologii.

tak jak piszesz. kocham męża i czuję się z nim świetnie ale może po prostu czasem potrzeba czegoś innego jest silniejsza. Owszem nie jest to w porządku do niego. ale nie czuję się winna. Kolega ma powalający głos i jest mi czasem ciężko zapanować. Ulegam i tyle. Jednak to jest brakujący element do tego żebym w pełni była odblokowana. A czy to jest hipokryzja? nie jestem pewna. Każdy z nas w pewnym stopniu jest hipokrytą.

Zupełnie jakbym czytała o sobie... Trzydziestka na karku, pięć lat po ślubie, dwuletnie dziecko i dzień po dniu to samo - praca, dom,praca,dom. Związek wieje nudą, zmęczeniem, mąż zdaje się nie zauważać mnie, moich potrzeb, moich prób nawiązania choćby rozmowy (o seksie nie wspomnę)
Aż tu pojawia się na mojej drodze ON. Nigdy do głowy by mi nie przyszło, że może się zainteresować kimś takim jak ja... Widzi we mnie fantastyczną kobietę, dostrzega cechy o których mąż już dawno zapomniał...
Każda chwila z nim, każda rozmowa sprawia,że znów odzyskuję swoją pewność siebie, moja samoocena idzie w górę! I w końcu stało się, lądujemy w łóżku i to był najlepszy seks od ładnych kilku lat... Czy żałuję?! Nieeeee!!!

A ja (ja z tego wpisu dwa wpisy wyżej) mam bardzo fajnego parntera. Stałego i wieloletniego, ojca moich dzieci. Zauważa mnie, daje mi wiele, w tym super sex. Ale mi to nie wystarcza:-) Kocham go, z pełną odpowiedzialnością mogę to powiedzieć. Nigdy go nie zostawię, będę przy nim na dobre i na złe. Ale po porostu seks z jednym mężczyzną mi nie wystarcza... Gdybym MUSIŁA wybierać - on albo seks z innymi, to PEWNIE bym wybrała jego... Ale byłby to ciężk wybór...

pewność siebie? właściwie racja, moja wzrosła. on nie jest lekarstwem na nudę w moim związku. ja dla niego tak. lubię go i rozmowy z nim to czysta przyjemność ale seks też jest boski :) pomógł mi odkrywać moją kobiecość i radzić sobie z nią. a układ w którym rozmawiamy o wszystkim i czasem robimy "stop klatkę " na chwilę zapomnienia w łóżku nie jest zły. większość z nas lubi seks. nie czarujmy się że chodzi o miłość itd tylko o przyjemnośc

ech Dziewczyny!!!
Jakos mi nie pasi ta zdrada "lekko.latwo i przyjemnie. A jak byscie byly po drugiej stronie lustra i maz rowniez by tak sobie urozmaical pozycie malzenskie. Odnosze wrazenie, ze tak na prawde to nie kochacie swoich mezow - bardziej mi to pzypomina spolke handlowa. Moze jestem zacofana, ale kochajac kogos do glowy by mi nie przyszlo szukac okazji. A tak na marginesie - to nie wiedzialyscie za kogo wychodzicie za maz? Nie bylo jazdy probnej?

Oczywiście, że wiadomo za kogo wychodzi się za mąż. I często są to udane związki.
Ale... Nigdy nie mów nigdy.
Czasem coś się wydarza... a my temu "lekko" dopomagamy bądź przyzwalamy.
Zdrady... nie są wcale takim rzadkim zjawiskiem.
Kochankowie... To brzmi ładnie. Choć czasem... może trochę smutno.
Bo to jest jednak pewnego rodzaju obłuda, małe oszustwo.
Ale od czasu do czasu... Może się sprawdza.
Zależy też... czego oczekujesz. Czyli... czego szukałeś i co dostałeś :)

dopiszę moją historię. Wyszłam za mąż za pierwszego chłopaka, którego miałam więc nie poznałam smaku innego mężczyzny. Oczywiście w małżeństwie: rutyna a nawet abstynecja przez jakiś okres. Nie jest atrakcyjną kobietą więc jak się zaintresowałam mną inny dość atrakcyjny mężczyzna to uległam. Nie było uczuć tylko szybki niezbyt namiętny seks. Ale dało mi to dużo, pewną pewność i otwarcie. Był to jednorazowy odskok ale jak będzie okazja to powtórze. Seks z mężem to jak chodzenie w wygodnym, zniszczonych kapciach a taki skok to założenie czerwonych szpilek niezbyt wygodnie ale jak się człowiek czuje!!!. Myśłałam, że będę miała wyrzuty ale nie ma.. ale mężowi nigdy się nie przyznam po co? jeśli nie chce odejść.

gość napisała:

dopiszę moją historię. Wyszłam za mąż za pierwszego chłopaka, którego miałam więc nie poznałam smaku innego mężczyzny. Oczywiście w małżeństwie: rutyna a nawet abstynecja przez jakiś okres. Nie jest atrakcyjną kobietą więc jak się zaintresowałam mną inny dość atrakcyjny mężczyzna to uległam. Nie było uczuć tylko szybki niezbyt namiętny seks. Ale dało mi to dużo, pewną pewność i otwarcie. Był to jednorazowy odskok ale jak będzie okazja to powtórze. Seks z mężem to jak chodzenie w wygodnym, zniszczonych kapciach a taki skok to założenie czerwonych szpilek niezbyt wygodnie ale jak się człowiek czuje!!!. Myśłałam, że będę miała wyrzuty ale nie ma.. ale mężowi nigdy się nie przyznam po co? jeśli nie chce odejść.

ok, twoja historia jest dość klarowna, jednego tylko nie mogę zrozumieć - po ci w ogóle takie kiepskie małżeństwo, takie w którym jak nie ma skoku w bok, to nie ma przyjemności? to nie lepiej pójść swoją drogą, bez takiego męża/nie męża?

Zdrada zawsze pozostanie zdradą. Według mnie najważniejszą kwestią w związku jest pytanie czy chcę być akurat z tym człowiekiem. Jeśli tak staram się pracować nad tym żeby było nam dobrze. Nie chcę skoku w bok bo dbam o relację z moim partnerem. Seks z kimś innym może i byłby przyjemny ale na chwilę. Może jestem staroświecka ale chcę być wierna i tego samego oczekuję od swojego partnera.

zulka napisała:

rooda - z ciekawej perspektywy napisała o zdradzających facetach - tchórze, którzy chca miec i obiad na stole i trochę seksu liznąć, ale z kimś innym, zeby nie było w domu konieczności zdobycia się na odwagę i poproszenia żony o zrobienie razem coś ekstra, ja też tak to widzę,
jest to o tyle ciekawe, ze zazwyczaj o zdradach pisze się, że może kobieta- żona czegoś mu nie daje, ale to nieprawda, oni chca mieć takie żony w bamboszach, sami je sprowadzają do poziomu wiecznych mamusiek, a potem szukają seksu na boku, bo przecież z "mamuśką" nie jest tak fajnie, dlatego nie wierzę w podawanie obiadków jako sposób na budowanie związków, tylko w seks o którym się rozmawia i który angażuje i cieszy obie strony,

zazwyczaj to wina kobiet ze facet zdradza , nie mowie tu ze w 100% , kobieta jak jest dlugo z facetem a jak juz ma z nim dziecko to mysli ze on juz jest jej i wogole przestaje byc seksowna znam miliony takich przypadkow . smutna prawda

gość napisała:

zulka napisała:

rooda - z ciekawej perspektywy napisała o zdradzających facetach - tchórze, którzy chca miec i obiad na stole i trochę seksu liznąć, ale z kimś innym, zeby nie było w domu konieczności zdobycia się na odwagę i poproszenia żony o zrobienie razem coś ekstra, ja też tak to widzę,
jest to o tyle ciekawe, ze zazwyczaj o zdradach pisze się, że może kobieta- żona czegoś mu nie daje, ale to nieprawda, oni chca mieć takie żony w bamboszach, sami je sprowadzają do poziomu wiecznych mamusiek, a potem szukają seksu na boku, bo przecież z "mamuśką" nie jest tak fajnie, dlatego nie wierzę w podawanie obiadków jako sposób na budowanie związków, tylko w seks o którym się rozmawia i który angażuje i cieszy obie strony,

zazwyczaj to wina kobiet ze facet zdradza , nie mowie tu ze w 100% , kobieta jak jest dlugo z facetem a jak juz ma z nim dziecko to mysli ze on juz jest jej i wogole przestaje byc seksowna znam miliony takich przypadkow . smutna prawda

Tłumaczenie w rodzaju "to jej wina, że zdradził" to jakaś pomyłka. Przecież każdy ma swój rozum i odpowiada za swoje działania. A może zamiast od razu zdradzać warto zacząć rozmawiać z żoną i więcej zajmować się np. dzieckiem/ domem itp. żeby miała trochę czasu dla siebie, na odpoczynek i chęć bycia seksowną?

o to, to ... prawda, cała prawda i tylko prawda :))))

Apropo osób kochających po grób i zdradzających jednocześnie.W moim rozumieniu miłość nie polega na krzywdzeniu osoby kochanej, a zdrada jest krzywdą, karą, odpłaceniem się, zrobieniem na złość (na pewno nie nagrodą , ani przywilejem)wyrządzoną tej drugiej osobie (mniej lub bardziej umyślnie, ale jednak). Nie jestem człowiekiem religijnym, moralistą również, ale uważam że miłość to nie to samo co -lubię cię. Oczywiście zakochać się można w każdym momencie życia, również mając męża lub żonę, ale to dowód na kryzys lub zmierzch starej miłości, uczciwość nakazuje mi odejść od już niekochanej osoby, zostajemy jednak razem - rozmieniamy się na drobne i kochamy połowicznie(czy jest coś takiego w ogóle -ktoś o tym słyszał -kochać połowicznie) do południa Anię a po południu Madzię, a jeszcze mniej niż połowicznie kiedy spotykamy się jeszcze z kimś...
Ale żeby było całkiem na temat - lubimy ten dreszczyk emocji, randek,konspiracji no i bzykamy się z innymi to znaczy, że taki układ daje więcej radości niż podstawowa komórka. No i każdy sam staje przed tym dylematem (przed lub po) -być odpowiedzialnym, lojalnym, uczciwym, czy zaspokojonym , może bardziej szczęśliwym... Eskimosi i indianie nie mają takich dylematów - wymieniają się żonami / mężami na noc i wszyscy ponoć są szczęśliwi po co im rozwody , sądy i zakonspirowane fora internetowe

Oj jak bardzo zgadzam się z poprzednim postem. Jeśli kocham, to nie zdradzam. Koniec i kropka.

Mój mężczyzna bardzo mnie kocha. Jesteśmy razem dopiero 4 lata, ale obydwoje jesteśmy po przejściach. Ja wcześniej byłam szaloną, ognistą dziewczyną, on - o wiele ode mnie starszy, miał kilka poważnych, wieloletnich związków. Pokochałam go i postanowiłam się ustatkować. Choć przedtem lekkość romansów była mi bliska, byłam tą drugą, czasem trzecią i mnie również zdradzano. Nie tym razem.
Ale... Jest jedno ale. Mój partner wbrew wcześniejszym sygnałom okazał się niezainteresowany seksem. Jest dobry, dba o mnie, zapewnia mi bezpieczeństwo, ale nie kocha mnie fizycznie.
A we mnie emocje narastają. Nie jestem dla niego dość dobra i wyrozumiała - bo jestem co raz bardziej zła, że nie chce mi pomóc. Moje ciało potrzebuje spełnienia, ale nie otrzymuje go. I co mam robić - jeśli nie zdradzić?
Samozaspokojenie nie zastąpi relacji z mężczyzną. Tym bardziej, że ja znam smak rozkoszy. Nie daje się żyć samymi wspomnieniami, bo to tylko wzmaga frustracje. Kocham go. Nie chcę go zostawiać dla własnego zaspokojenia. Ale trudno mi sobie wyobrazić takie dalsze życie. Muszę znaleźć wentyl bezpieczeństwa...

gość napisała:

Mój mężczyzna bardzo mnie kocha. Jesteśmy razem dopiero 4 lata, ale obydwoje jesteśmy po przejściach. Ja wcześniej byłam szaloną, ognistą dziewczyną, on - o wiele ode mnie starszy, miał kilka poważnych, wieloletnich związków. Pokochałam go i postanowiłam się ustatkować. Choć przedtem lekkość romansów była mi bliska, byłam tą drugą, czasem trzecią i mnie również zdradzano. Nie tym razem.
Ale... Jest jedno ale. Mój partner wbrew wcześniejszym sygnałom okazał się niezainteresowany seksem. Jest dobry, dba o mnie, zapewnia mi bezpieczeństwo, ale nie kocha mnie fizycznie.
A we mnie emocje narastają. Nie jestem dla niego dość dobra i wyrozumiała - bo jestem co raz bardziej zła, że nie chce mi pomóc. Moje ciało potrzebuje spełnienia, ale nie otrzymuje go. I co mam robić - jeśli nie zdradzić?
Samozaspokojenie nie zastąpi relacji z mężczyzną. Tym bardziej, że ja znam smak rozkoszy. Nie daje się żyć samymi wspomnieniami, bo to tylko wzmaga frustracje. Kocham go. Nie chcę go zostawiać dla własnego zaspokojenia. Ale trudno mi sobie wyobrazić takie dalsze życie. Muszę znaleźć wentyl bezpieczeństwa...

No właśnie -...wbrew wcześniejszym sygnałom ... , często po ślubie dowiadujemy się ile udawania, czarowania i blichtru było po drugiej stronie, dlaczego nie widzimy tego co nam nie pasuje wcześniej? Bo człowiek zakochany idealizuje obiekt swej miłości, widzi to czego nie ma , a nie widzi tego co jest, do tego jeszcze dokłada się fakt - na etapie zapoznawania/narzeczeństwa ludzie starają się bardziej bo mają świadomość że ta druga strona może bez konsekwencji zerwać/odejść bo ma większą wolność wyboru.

Ja przed poznaniem meza bylam szczesliwa kobieta, atrakcyjna zawsze mialam adoratorow, sex byl wazny w moim zyciu. Z kolei maz byl spokojnym typem studenta, z malym doswiadczeniem zwiazkowym.na poczatku bylo fajnie romantycznie, podobalo mi sie ze jest taki spokojny i ze nie napiera mnie na sex, ja bylam ta strona inicjujaca, az do momentu gdy zaczal mi mowic ze sex ze mna go stresuje, ze za bardzo go naciskam.. a chodzilo tylko o to ze on mial przedwczesny wytrysk i tak naprawde nie mialam z nim orgazmow. Gdy to sobie wszystko przemyslalam chcialam odejsc ale wtedy zaszlam w ciaze i po namowach rodzicow z obu stron pobralismy sie. Bylo milo do poki bylam w ciazy ale od urodzenia dziecka on sie kompletnie zmienil do mnie. Odrzucil moje cialo, tak jakbym byla tylko potrzebna do urodzenia tego dziecka. To byla straszna trauma. Nawet mnie nie calowal, nie masowal, nie myl juz nigdy wiecej plecow, nie robil nic co mogloby uratowac nasza intymnosc.nie wspomne o tym ze nie mowi wogole ze mnie kocha. Od tego myslalam ze zwariuje, 3 lata wytrzymalam, mowiac sobie ze sie to moze zmieni, az popadlam w depresje i chcialam targnac sie na swoje zycie.Po prostu nie widzialam drogi wyjscia z tej sytuacji. Do tego mieszkamy daleko od rodziny i z malutkim dzieckiem bylo mi bardzo ciezko. zaczelam wiec wyjezdzac do mojej mamy coraz czesciej, poszlam do terapeuty, biore leki i dopiero teraz zaczynam czuc ze budze sie do zycia jako istota. Mam duze pragnienia sexualne ale nie moge tego juz robic z mezem. zreszta przez 3 lata zdarzylo nam sie tylko 2 razy i to jak bylismy kompletnie pijani. Chce zyc normalnie, chce cieszyc sie zdrowiem i zyciem, gdy pomysle ze mam 36 lat i od 4 lat nie mialam orgazmu to chce mi sie plakac... Zdradze lub odejde mysle ze to kwestia czasu, moje zycie i zdrowie jest tu wazniejsze niz skladanie siebie w ofierze dla zwiazku... mysle ze jesli ja nie zdradze to on zrobi to pierwszy tak czy inaczej.a moze juz to zrobil..

moncheri napisała:

Ja przed poznaniem meza bylam szczesliwa kobieta, atrakcyjna zawsze mialam adoratorow, sex byl wazny w moim zyciu. Z kolei maz byl spokojnym typem studenta, z malym doswiadczeniem zwiazkowym.na poczatku bylo fajnie romantycznie, podobalo mi sie ze jest taki spokojny i ze nie napiera mnie na sex, ja bylam ta strona inicjujaca, az do momentu gdy zaczal mi mowic ze sex ze mna go stresuje, ze za bardzo go naciskam.. a chodzilo tylko o to ze on mial przedwczesny wytrysk i tak naprawde nie mialam z nim orgazmow. Gdy to sobie wszystko przemyslalam chcialam odejsc ale wtedy zaszlam w ciaze i po namowach rodzicow z obu stron pobralismy sie. Bylo milo do poki bylam w ciazy ale od urodzenia dziecka on sie kompletnie zmienil do mnie. Odrzucil moje cialo, tak jakbym byla tylko potrzebna do urodzenia tego dziecka. To byla straszna trauma. Nawet mnie nie calowal, nie masowal, nie myl juz nigdy wiecej plecow, nie robil nic co mogloby uratowac nasza intymnosc.nie wspomne o tym ze nie mowi wogole ze mnie kocha. Od tego myslalam ze zwariuje, 3 lata wytrzymalam, mowiac sobie ze sie to moze zmieni, az popadlam w depresje i chcialam targnac sie na swoje zycie.Po prostu nie widzialam drogi wyjscia z tej sytuacji. Do tego mieszkamy daleko od rodziny i z malutkim dzieckiem bylo mi bardzo ciezko. zaczelam wiec wyjezdzac do mojej mamy coraz czesciej, poszlam do terapeuty, biore leki i dopiero teraz zaczynam czuc ze budze sie do zycia jako istota. Mam duze pragnienia sexualne ale nie moge tego juz robic z mezem. zreszta przez 3 lata zdarzylo nam sie tylko 2 razy i to jak bylismy kompletnie pijani. Chce zyc normalnie, chce cieszyc sie zdrowiem i zyciem, gdy pomysle ze mam 36 lat i od 4 lat nie mialam orgazmu to chce mi sie plakac... Zdradze lub odejde mysle ze to kwestia czasu, moje zycie i zdrowie jest tu wazniejsze niz skladanie siebie w ofierze dla zwiazku... mysle ze jesli ja nie zdradze to on zrobi to pierwszy tak czy inaczej.a moze juz to zrobil..

to co piszesz jest bardzo przykre ale niestety prawdziwe takie życie to nie życie jeżeli masz żyć z takim facetem to odejdz i nie mniej wyrzutów bo to nie życie tylko jakaś katorga ,bo potrzebna jest miłość rozmowa ciepło i zrozumienie a jeżeli twój facet tego nie rozumie to niech sie buja bo nie jest ciebie wart

żadna z was nie napisała,ze została kochanką dlatego ,że oboje zkochali się.To straszne.Każdy pisze romans , ucieczka od nudy, rutyny chęć przygody, impuls, ciekawość.
Ja niestety jestem kochanką mam faceta ,którego kocham nad życie. nie umiem z niego zrezygnować , choć uciekałam i jemu kazaam iść precz . Ale zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.oboje kochamy swoje rodziny, jesteśmy odpowiedzialni za ich funkcjonowanie( finansowanie rodziny, wychowanie dzieci) . Jesteśmy dla swoich ciepli i kochający. mój facet mówi,że kocha nas dwie.zekam na jego wolny czas. jesteśmy dla siebie inspiracją, na nowo śnimy, na nowo kochamy i tą miłość dajemy swoim bliskim. ale kochamy się nawzjem, tęsknimy do diebie i coraz częściej mam pretensje do losu,że nie spotkalisie wcześniej.
Kochanka ? tak powó ? miłość , czuła , też głęboka , tez prawdziwa. penelopa

żadna z was nie napisała,ze została kochanką dlatego ,że oboje zkochali się.To straszne.Każdy pisze romans , ucieczka od nudy, rutyny chęć przygody, impuls, ciekawość.
Ja niestety jestem kochanką mam faceta ,którego kocham nad życie. nie umiem z niego zrezygnować , choć uciekałam i jemu kazaam iść precz . Ale zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.oboje kochamy swoje rodziny, jesteśmy odpowiedzialni za ich funkcjonowanie( finansowanie rodziny, wychowanie dzieci) . Jesteśmy dla swoich ciepli i kochający. mój facet mówi,że kocha nas dwie.zekam na jego wolny czas. jesteśmy dla siebie inspiracją, na nowo śnimy, na nowo kochamy i tą miłość dajemy swoim bliskim. ale kochamy się nawzjem, tęsknimy do diebie i coraz częściej mam pretensje do losu,że nie spotkalisie wcześniej.
Kochanka ? tak powód ? miłość , czuła , też głęboka , tez prawdziwa. penelopa

gość napisała:

żadna z was nie napisała,ze została kochanką dlatego ,że oboje zkochali się.To straszne.Każdy pisze romans , ucieczka od nudy, rutyny chęć przygody, impuls, ciekawość.
Ja niestety jestem kochanką mam faceta ,którego kocham nad życie. nie umiem z niego zrezygnować , choć uciekałam i jemu kazaam iść precz . Ale zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.oboje kochamy swoje rodziny, jesteśmy odpowiedzialni za ich funkcjonowanie( finansowanie rodziny, wychowanie dzieci) . Jesteśmy dla swoich ciepli i kochający. mój facet mówi,że kocha nas dwie.zekam na jego wolny czas. jesteśmy dla siebie inspiracją, na nowo śnimy, na nowo kochamy i tą miłość dajemy swoim bliskim. ale kochamy się nawzjem, tęsknimy do diebie i coraz częściej mam pretensje do losu,że nie spotkalisie wcześniej.
Kochanka ? tak powód ? miłość , czuła , też głęboka , tez prawdziwa. penelopa

to bardzo wzruszająca historia, kochacie się i dbacie o swoje rodziny, jestem tylko ciekawa jak na wasz układ zapatrują się wasi małżonkowie? też im to odpowiada? bo jeżeli tak - to super, zamieszkajcie wszyscy razem, będziecie jeszcze bliżej siebie, a jeżeli nie, to wszystko co napisałaś to zwykła ściema, jak kazda inna zdrada: mieć ciastko i zjeść ciastko, cudzym kosztem, miłość to jest dobre uczucie, jeżeli sie kochacie - to badzcie razem, jeżeli nie, to witamy w klubie zdrad i kochanków, nie jesteście ani lepsi ani gorsi, po prostu z kim innym się bzykacie, a z kim innym żyjecie, bez przesady z tym dbaniem o rodziny, albo chcecie być razem, albo nie, a jak twój kochanek kocha obie, to macie problem, trochę dużo grzybów w tym barszczu, ja jednak jestem tradycjonalistka, jak myśle o miłosci to wyobrażam sobie, ze ktoś mnie kocha najbardziej na świecie, a jak słysze o wiekszej liczbie kobiet przypadających na jednego faceta to myślę sobie: harem,

nie zrozumiałaś mnie..nie mówię ,że to okey gdy zdradzamy swoje połówki. Mówię,że zdrada nie musi wynikać z nudy małżeńskiej , chęci szukania przygód i randek na 1 raz.
Czasami dajemy się ponieść uczuciu nad ktorym nie można zapanować. Miłość, magia, spojrzenie, dotyk,
I potem już za pózno, stało się.Odpowiedzialność za swoich bliskich każe nam nie robić im krzywdy,szanujemy swoją prywatność. I CIERPIMY,ŻE NIE MOŻEMY BYĆ RAZEM, OBOJE CIERPIELIBYŚMY. Macie rację,że na cudzej krzywdzie nie zbudujemy własnego szczęścia , tylko nie spłycajcie anatomii zdrady do chęci skoku w bok, nudy itp. Czasami przychodzi miłość, której trudno sie sprzeciwić. Największą krzywdę robimy sobie nawzajem, kochając się do swoich rodzin... i znowu wracając do siebie. To straszne emocje ekstaza i depresja, kochanie i tęsknota. przepraszam jeśli kogoś uraziląm .piszę, to co czuję. penelopa

nie zrozumiałaś mnie..nie mówię ,że to okey gdy zdradzamy swoje połówki. Mówię,że zdrada nie musi wynikać z nudy małżeńskiej , chęci szukania przygód i randek na 1 raz.
Czasami dajemy się ponieść uczuciu nad ktorym nie można zapanować. Miłość, magia, spojrzenie, dotyk,
I potem już za pózno, stało się.Odpowiedzialność za swoich bliskich każe nam nie robić im krzywdy,szanujemy swoją prywatność. I CIERPIMY,ŻE NIE MOŻEMY BYĆ RAZEM, OBOJE CIERPIELIBYŚMY. Macie rację,że na cudzej krzywdzie nie zbudujemy własnego szczęścia , tylko nie spłycajcie anatomii zdrady do chęci skoku w bok, nudy itp. Czasami przychodzi miłość, której trudno sie sprzeciwić. Największą krzywdę robimy sobie nawzajem, kochając się odchodząc do swoich rodzin... i znowu wracając do siebie. To straszne emocje ekstaza i depresja, kochanie i tęsknota. przepraszam jeśli kogoś uraziląm .piszę, to co czuję. penelopa

nie zrozumiałaś mnie..nie mówię ,że to okey gdy zdradzamy swoje połówki. Mówię,że zdrada nie musi wynikać z nudy małżeńskiej , chęci szukania przygód i randek na 1 raz.
Czasami dajemy się ponieść uczuciu nad ktorym nie można zapanować. Miłość, magia, spojrzenie, dotyk,
I potem już za pózno, stało się.Odpowiedzialność za swoich bliskich każe nam nie robić im krzywdy,szanujemy swoją prywatność. I CIERPIMY,ŻE NIE MOŻEMY BYĆ RAZEM, OBOJE CIERPIELIBYŚMY Z POCZUCIA WINY. Macie rację,że na cudzej krzywdzie nie zbudujemy własnego szczęścia , tylko nie spłycajcie anatomii zdrady do chęci skoku w bok, nudy itp. Czasami przychodzi miłość, której trudno sie sprzeciwić. Największą krzywdę robimy sobie nawzajem, kochając się odchodząc do swoich rodzin... i znowu wracając do siebie. To straszne emocje ekstaza i depresja, kochanie i tęsknota. przepraszam jeśli kogoś uraziląm .piszę, to co czuję. penelopa

Jeśli jesteś z tym szczęśliwa
ja mam podobnie ..nie jesteś jedyna ;)

Mam bardzo podobną sytuację do Twojej , tak jak napisałaś czasami nas ponosi ..... poniosło mnie trochę poznałam fajnego faceta jakieś 2 lata temu na kursie , wymieniliśmy się numerami telefonów i na tym się skończyło. Po pewnym czasie kliknął do mnie na Facebooku i tak się zaczęło od jednego kliknięcia , pierwszego esa i wspólnej przejarzdzki i tak trwa to do dzisiaj .Żal , ból , niemocy bycia razem jest tak ogromna że czasami nie radzimy sobie z tym , ale cierpimy dławimy to w sobie po to by jeszcze bardziej nie krzywdzić swoich bliskich. Tak wiem wiele z was może nas potępiać , ale na wiele rzeczy nie mamy wpływu to przychodzi samo nie proszone nie pyta nas czy chcemy i czy tak wypada.To jest silniejsze od rozsądku chodź wiemy że robimy źle krzywdzimy swoich partnerów , swoje rodziny, ale to jest silniejsze od nas, czujemy się jak byśmy dostali nowe życie nową szansę na lepsze jutro. A w rzeczywistości cierpimy strasznie , może to kara za zdradę nie potrafie odpowiedzieć dla czego , po co to robię i dokąd mnie to zaprowadzi.

gość napisała:

nie zrozumiałaś mnie..nie mówię ,że to okey gdy zdradzamy swoje połówki. Mówię,że zdrada nie musi wynikać z nudy małżeńskiej , chęci szukania przygód i randek na 1 raz.
Czasami dajemy się ponieść uczuciu nad ktorym nie można zapanować. Miłość, magia, spojrzenie, dotyk,
I potem już za pózno, stało się.Odpowiedzialność za swoich bliskich każe nam nie robić im krzywdy,szanujemy swoją prywatność. I CIERPIMY,ŻE NIE MOŻEMY BYĆ RAZEM, OBOJE CIERPIELIBYŚMY Z POCZUCIA WINY. Macie rację,że na cudzej krzywdzie nie zbudujemy własnego szczęścia , tylko nie spłycajcie anatomii zdrady do chęci skoku w bok, nudy itp. Czasami przychodzi miłość, której trudno sie sprzeciwić. Największą krzywdę robimy sobie nawzajem, kochając się odchodząc do swoich rodzin... i znowu wracając do siebie. To straszne emocje ekstaza i depresja, kochanie i tęsknota. przepraszam jeśli kogoś uraziląm .piszę, to co czuję. penelopa

@ Lusii:
może to dziwnie zabrzmi, ale wg mnie jeśli wasze rodziny o tym nie wiedzą, to ich nie krzywdzicie. Ból zadajecie tylko sobie (no ale coś za coś - w końcu wybierasz możliwość kontaktu z tym drugim, w zamian za poczucie bycia nie w porządku wobec rodziny). "Tego drugiego" też nie krzywdzisz, bo świadomie się na to zdecydował.
Natomiast jeśli cała sprawa wymknie się spod kontroli, a dość często tak się kończy, to wtedy krzywd będzie sporo...

Tak masz w zupełności rację, jeśli sprawa wyjdzie na światło dzienne na pewno nie będzie to przyjemna sytuacja. Oboje mamy rodziny i dzieci, tylko tak naprawdę nasze małżeństwa to fikcja na papierku, od dawna mieszkamy tylko ze sobą i jesteśmy ze względu na dzieci bo tak naprawdę to one zawsze cierpią najbardziej po rozstaniu, przecież kochają nas jednakowo nie mniej nie więcej tatę czy mamę . Tak wiem że nie jest to usprawiedliwienie zdrady bo tego się nie usprawiedliwia.

gość napisała:

Tak masz w zupełności rację, jeśli sprawa wyjdzie na światło dzienne na pewno nie będzie to przyjemna sytuacja. Oboje mamy rodziny i dzieci, tylko tak naprawdę nasze małżeństwa to fikcja na papierku, od dawna mieszkamy tylko ze sobą i jesteśmy ze względu na dzieci bo tak naprawdę to one zawsze cierpią najbardziej po rozstaniu, przecież kochają nas jednakowo nie mniej nie więcej tatę czy mamę . Tak wiem że nie jest to usprawiedliwienie zdrady bo tego się nie usprawiedliwia.Pozdrawiam LUSII

Oczywiście coś w tym jest.
Ja jednak mam taką teorię, że czasem lepiej dziecko narazić na stres związany z rozwodem, zwłaszcza, jeśli da się go przeprowadzić w sposób cywilizowany (no ale tego nigdy nie przewidzisz), niż zmuszać je do wychowywania się w rodzinie, gdzie nie ma już miłości. Umówmy się: i tak mleko się już rozlało i właściwie wybór mamy między jednym złem a drugim. Nie namawiam do rozwodu, chcę tylko wskazać, że dzieciak będzie nasiąkał atmosferą rodziny, gdzie pod jednym dachem żyją obcy już ludzie, których łączy tylko jeden cel, jakim jest podtrzymywanie jakiejś iluzji. Myślisz, że dziecko się nie połapie, że ta "rodzina" to lipa?

dzieci się połapią, że cos jest nie tak...
tylko będzie im o tyle trudniej, że nie będą wiedziały do końca - co jest nie tak, a jak się im wyjaśni, że mam i tata już się nie kochają, to wprowadzamy do naszego życia cień prawdy,

moja mama całe życie tkwiła w beznadziejnym związku, który ranił i ja i nas, a twierdziła, ze robi to "dla dzieci", kiedy wreszcie sie rozwiodła to był wspaniały moment, odkryłam inną matkę: uśmiechniętą, pełną energii...

Coś jak to... Ja się zawsze zastanawiam, jak często faktycznie powodem decyzji o pozostawaniu w małżeństwie jest dobro dzieci, a w ilu przypadkach jest to lęk przed przyznaniem się do "porażki", skokiem na głęboka wodę, czy konfrontacją z drugą stroną.

gość napisała:

Coś jak to... Ja się zawsze zastanawiam, jak często faktycznie powodem decyzji o pozostawaniu w małżeństwie jest dobro dzieci, a w ilu przypadkach jest to lęk przed przyznaniem się do "porażki", skokiem na głęboka wodę, czy konfrontacją z drugą stroną.

no właśnie! czy często, zbyt często nie tkwi się w nudnym, obumarłym małżeństwie bo kieruje ludźmi lęk przed nieznanym, a "troska o dzieci" jest tylko ładną przykrywką,
rozpoznać własne emocje, umieć je nazwać, zaklasyfikować i stanąć do nich twarzą twarz - to jest dopiero sztuka, zamiast lękiem, kierować się swoimi potrzebami to jest coś,
ale tłumaczenie swoich złych wyborów "dobrem dzieci" wydaje mi sie być bardzo dalekie od tego

Zostawić męża i dzieci to nie takie proste .powiedzmy sobie prawdę tak jest. ja też zyję w takim związku już20 lat. ale od 18 lat mam kochanka ciągle tego jednego. On mnie nauczył mlłości radości z sexsu .uważam ze nie krzywdze rodziny bo kim bym była bez niego? sfrustrowaną niezadowoloną z życia żoną i matką?????

Moja historia jest bardzo podobna do pozostałych. Od 7 lat jestem w szczęsliwy związku z mężczyzną który w przyszłym roku ma zostać moim meżem. Seks z nim jest wspanialy, kreatywnośc w nas nie cichnie :) Nie wyobrarzam sobie życia bez niego, chce żeby byl ojcem moich dzieci. Bardzo o kocham, bo jest najwspanialszym czlwiekiem na świecie. Rok temu pozanałam przystojnego kolege w pracy. Żadko sie widujemy, ale nasze spotkanie w zasadzie "służbowe" konczą się dość nieprofesjonalnie (o mały włos, a doszlo by do namiętnego seksu). Ów kolega określil sie jednoznacznie, chce seku, delikatnego, subtelnego seksu. A ja w tym wszystkim się miotam. Między najwspanialszym, kochającym człowiekiem, a być może jednodniowym wyskokiem z przystojnym, pewnym siebie kolega z pracy. Życie, raz pod górke, a raz z górki. :)

gość napisała:

Zostawić męża i dzieci to nie takie proste .powiedzmy sobie prawdę tak jest. ja też zyję w takim związku już20 lat. ale od 18 lat mam kochanka ciągle tego jednego. On mnie nauczył mlłości radości z sexsu .uważam ze nie krzywdze rodziny bo kim bym była bez niego? sfrustrowaną niezadowoloną z życia żoną i matką?????

zdradzać przez 18 lat w 20 letnim małżeństwie?!! to po co w ogóle takie małżeństwo? bycie żona to nie wyrok, który trzeba odsiedzieć, to cos co ma nam pomagać lepiej i radośniej żyć, jeżeli to małżeństwo cię frustruje to po co ci ono? to nie jest problem kochanka, tylko braku odpowiedzialności za swoje życie i za swoje wybory: dojrzała osoba p[odejmuje dyzje takie jak małżenstwo, a jak dochodzi do wniosku, że to nie była dobra decyzja to sie z niej wycofuje, a nie na dokładkę bierze sobie kochanka na całe małżeńskie życie, z tego co piszesz nigdy nie byłaś blisko z mężczyzna, nie znasz bliskości, bo ani w takim małżeństwie, ani tym bardziej z kochankiem, ktory nie chce cię zatrzymac przy sobie, tylko odsyła po wszystkim do męża, nie doświdczyłaś prawdziwego uczucia, nie zrobiłaś w swoim życiu miejsca na rzeczy dobre,

W moim przypadku nie jest to lęk do przyznania się do porażki bo nie odczuwam tego co teraz przeżywam z poznanym facetem ( miłości , szacunk , zrozumienie , wspólne inspiracje itd.) jako porażkę wręcz przeciwnie jestem w stanie postawić wszystko na jedną kartę i dobro moich dzieci nie jest tu żadną przykrywką , sama wychowywałam sie z ojczymem tak sie potoczyło moje życie że z pierwszego związku mam syna mieszkałam z jego ojcem przez 8 lat , ale sytuacja w jakiej sie znajdowałam czyli awantury , bujki i inne incydenty sprawiły że zabrałam swoje zabawki i odeszłam razem z synem ....tak też dla dobra dziecka , które zbyt wiele doświadczyło przez 6 lat swojego życia , rozstanie odbiło sie na poradniach u psychologa bo syn mimo wszystko chciał byc również z tatą chodz wiedział że nie jest to sluszne , był tak bardzo zwiazany emocjonalnie również z ojcem że nie chciał bez niego mieszkać , ale z czasem oswoił sie z tą sytuacją , chodz nie było mi łatwo bo potrafił w chwilach złosci wykrzyczec mi różne rzeczy , mimo że widział co sie działo w domu , brak miłosci , awantury , wyzwiska , tata alkocholik . Zapytacie w takim razie skoro tak ważne jest dla mnie dobro dziecka to czemu nie zostałam z jego tatusiem ....wiec odpowiem bo gdybym została to dzis juz zapewne nie klikała bym na tym portalu , tatuś ma odebrane prawa rodzicielskie i zakaz zbliżania sie do mnie. W tej sytuacji w której znajduje sie obecnie mam stabilność ale to nie wystarczy aby byc w pełni szczesliwym , wyszłam za mąż jakies 8 lat temu po 5 latach coś sie spierniczyło , pojawił sie chłód , każde z nas zaczeło życ swoim zyciem ja dom , praca , dzieci , mąż ...praca i jego pasja czyli sport , wyjazdy , delegacje , a ja wiecznie z dziecmi , po mału zaczelismy sie odsówac od siebie i pojawiła sie rutyna dnia codziennego , wielokrotne próby poprawienia naszej sytuacji nic nie dały i stało sie poznałam fantastycznego faceta z którym jestem mega szczesliwa jak na razie jest to etap spotkań , ale zostały już podjęte rozmowy na etapie zamieszkania razem i tu sytuacja juz jest nie ciekawa , bo mój maż oświadczył że bedzie walczył o dzieci , wiec we wczesniejszym moim poscie dla tego napisałam że dla dobra dzieci , aby nimi nie szarpac i nie musiały podejmowac decyzji z kim chcą byc , a wiec jak na razie jestem szczesliwa ale nie spełniona .....pozdrawiam LUSII

[/CYTAT]
no właśnie! czy często, zbyt często nie tkwi się w nudnym, obumarłym małżeństwie bo kieruje ludźmi lęk przed nieznanym, a "troska o dzieci" jest tylko ładną przykrywką,
rozpoznać własne emocje, umieć je nazwać, zaklasyfikować i stanąć do nich twarzą twarz - to jest dopiero sztuka, zamiast lękiem, kierować się swoimi potrzebami to jest coś,
ale tłumaczenie swoich złych wyborów "dobrem dzieci" wydaje mi sie być bardzo dalekie od tego
[/CYTAT]

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Możesz określić warunki przechowywania, dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Zamknij